Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lombardia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lombardia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2014

Trenino rosso


Czas to najbardziej deficytowy towar. Podaż ciągle jest mniejsza od popytu. Pół roku minęło od mojego ostatniego wpisu. A myślałam, że uda mi się w czasie majowego wyjazdu pisać na bieżąco, lub prawie na bieżąco. Jednak doba nie ma 30 godzin, więc się nie udało. Może zdołam choć trochę opisać przed następnym, wrześniowym, wyjazdem.
Jakiś czas temu podczas przeglądania hoteli w Tirano przeczytałam, że niedaleko jest przystanek Bernina Express. Musiała być to ewidentna atrakcja. I była. Gdy poczytałam na ten temat w internecie i obejrzałam zdjęcia wiedziałam, że muszę pojechać tym pociągiem.
Bernina Express, albo inaczej i ładniej Trenino Rosso to istniejąca od 125 już lat linia kolejowa między Tirano we Włoszech a Szwajcarią. Jeżdżą tam czerwone pociągi, stąd nazwa Trenino Rosso, część z nich ma wagony z panoramicznymi szybami, żeby pasażerowie mogli wygodnie oglądać atrakcje trasy.
Kupiłam przez internet bilety i miejscówki - 30 franków bilet i 14 miejscówka (w jedną stronę), 88 CHF podróż z Tirano do Saint Moritz i z powrotem. Część pociągów jedzie jeszcze dalej w głąb Szwajcarii, ale to już wyprawa na co najmniej dwa dni, z noclegiem. A noclegi w Szwajcarii są drogie. W Tirano zresztą też, że względu na bliskość Trenino Rosso. W Tirano jest jeszcze sanktuarium maryjne i w zasadzie nic więcej. Zamieszkałyśmy więc w znanym mi już hotelu Miramonti w Corteno Golgi. 25 km do Tirano, nawet górską drogą, to pół godziny. Trzeba zapłacić kilka euro za parking w pobliżu stazione, ale to i tak znacznie taniej niż nocleg w Tirano.
Wzięłyśmy nawet paszporty, bo Szwajcaria to nie UE, ale nikogo nie interesowały żadne dokumenty poza biletami. Specjalnego tłoku nie było, szczególnie w wagonach z miejscówkami. To i dobrze, bo można było bez przeszkód robić zdjęcia na obie strony.
Trasa istotnie piękna, ponad 2 godziny wspaniałych górskich widoków. Wiadukty, tunele. Słynny kolisty wiadukt w Brusio na początku trasy. Jeziora - Poschiavo, Bianco, Palu. Pociąg jedzie takimi krętymi szlakami, że jezioro Poschiavo jest bardzo długo widoczne, coraz to z innej strony. Pociąg przejeżdża przez tunel i znowu widać jezioro, po drugiej stronie pociągu. Szczęśliwie była słoneczna pogoda, a obawiałam się, że będzie pochmurno. W maju w wysokich Alpach bywa różnie, często trafiała mi się kiepska widoczność. Ale nie za 88 franków szwajcarskich.

Kolisty wiadukt w Brusio

Lago Poschiavo z bliska

I z daleka...
 Pociąg pnie się pracowicie w górę. Wyruszyliśmy z zielonej , ukwieconej doliny a po godzinie już w śniegu. Lago Bianco zasypane śniegiem, woda pojawia się czasami, znak, że już lód zaczyna puszczać i może w środku lata będzie widać całe jezioro. Trenino wjeżdża na wysokość  2256 m n.p.m, na przełęcz Bernina, gdzie znajduje się stacja Ospizio Bernina. Zatopiona w śniegu. Jest tam hotel, ale trochę za drogi, żeby robić sobie przerwę w podróży. Zresztą śniegu nie jestem spragniona.

Lago Bianco

Lago Palu

Ospizio Bernina    


W Saint Moritz byłam przejazdem ze dwa razy, też w maju. Zimno, śnieg, lód na jeziorze. Teraz lodu na jeziorze nie było, świeciło piękne słońce, ale było zimno. Kurtki i szale bardzo się przydały podczas prawie 3-godzinnego spaceru pomiędzy przyjazdem a powrotem. Kultowy w latach 60. górski kurort nie powala. Ładne położenie nad jeziorem, rwąca rzeka , trochę starych, więc ładnych, budynków. Ale większość zabudowy to wysokie, nowczesne "bloki" jak na naszych osiedlach z lat 70. No i upiorna drożyzna. Musiałyśmy wypić kawę. Znalazłyśmy włoską, ale cena była zupełnie nie włoska - ponad 3 euro za espresso. I to wcale nie w Grand Hotel Kempiński (jeden z ładniejszych budynków).
Najbardziej podobał nam się podziemny parking. Tuż obok miejsc dla inwalidów specjalne, szersze miejsca dla kobiet. Żałowałam, że nie przyjechałam samochodem. Nie wiem czy zakwalifikować to do męskiego szowinizmu, czy do dbałości o wygodę pań mających na ogół problemy z parkowaniem na ciasnych parkingach. Skłaniam się do tego drugiego, bo nieraz klnę na ciasnotę parkingów.

Dla wygody pań


                                       
 Po powrocie do Tirano lepiej od razu nie telefonować, albo przynajmniej sprawdzić czy usługę zapewnia włoski operator. Sięgają tutaj sieci szwajcarskie, które są bardzo drogie. Trochę się zdziwiłam, gdy zobaczyłam za ile pogadałam sobie z siostrą.



piątek, 26 kwietnia 2013

Arborio i parmiggiano

Słowiki  drą się jak oszalałe, nadrabiają zaległości. Jest ich w pobliżu domu kilka, bo do którego okna bym nie podeszła to słychać głośne trele. Na szczęście Bonifacy to typowy kocur i nie lubi się męczyć, więc mam nadzieję, że nie zapoluje na słowiki, jak jego poprzedniczka kotka, uwielbiająca polowania na ptaszki. Przecież pani słowikowa ma gniazdko na ziemi, więc stanowi łatwy łup. Na razie słowików przybywa, słychać je nawet przez zamknięte okna.
Za miesiąc będę już w Italii. Tym razem wybieram się po raz drugi przez Grossglockner Hochalpenstrasse licząc na słoneczną pogodę , a więc ładniejsze zdjęcia. Jeżeli słońce nie dopisze, to jadę inną drogą - przez Felbertauerntunnel. Kilka lat temu płaciłam za przejazd 10 €,  w tym roku dalej kosztuje 10 €. Dziwny przypadek, wszystko przecież drożeje.
Jeszcze nie posprzątałam samochodu po zimie i na tylnej półce wciąż leży ryż zerwany we wrześniu na polach ryżowych w pobliżu Mediolanu. Kiedyś myślałam, że ryż rośnie na Dalekim Wschodzie, lub w innych odległych krajach, aż tu kilka lat temu jadąc do Turynu znalazłam się wśród ryżowych pól. We Włoszech uprawia się ryż arborio na risotto.
Ryżowisko we wrześniu, niedługo zbiory
W maju widać głównie rozlewiska, w których kiełkuje ryż

Największe skupiska uprawy są w Lombardii, centrum jest chyba w Vercelli , niedaleko Mediolanu.
Przyzwyczaiłam się przez te kilka miesięcy (od września) do tych ryżowych wiech, z których powoli wykruszają się nasiona. Zaraz widzę bezkresne ryżowiska, przez które jedziemy wąską drogą na skróty do Certosa di Pavia.
Okolice na południe od Mediolanu nie należą do ładnych. Na północ zaczynają się góry, prześliczne Como, lago d'Orta. Ale ryżowiska są na płaskim. To Padana, dolina Padu. Jest tutaj dużo ładnych miast i miasteczek, ale dookoła nich nizina. Przy bocznych drogach albo ryż, albo kukurydza i co mnie zdumiało, wielkie fermy bydła. Takie przemysłowe na setki krów, jakie kiedyś były w naszych PGR-ach, jakie wyklęliśmy i na ogół stoją puste.

Lombardzki "PGR"

W Lombardii pracują wydajnie na surowiec do produkcji parmiggiano reggiano i grana padana. Parmiggiano jest znacznie droższy, mnie wystarczy smakowita grana padana , której w mojej rodzinie używa się bardzo dużo. Przodują w tym spożyciu moje wnuki, które używają parmezanu do wszystkiego. A już rosół bez dużej ilości tartego parmezanu nie jest jadalny. To przecież popularna pastinia, którą karmi się włoskie dzieci i którą moje polubiły podczas pobytów na Sycylii.
W Polsce parmezan jest bardzo drogi i jakiś niewyględny. W Italii sprzedaje się kawałki nie krojone na gładko, ale takie odłupane. Kupuję takie bryły zapakowane sotto vuoto (próżniowo) i mogą one długo poleżeć w lodówce. Jeżeli nie zdąży się sera zużyć a termin ważności zbliża się do końca, ucieram parmezan elektryczną lub ręczna maszynką, pakuję w niewielkie woreczki i zamrażam. Po wyjęciu z zamrażarki od razu nadaje się do jedzenia. Jeżeli zamrozi się parmezan w kawałku, to po wyjęciu z zamrażarki musi poleżeć przynajmniej dobę, żeby doszedł do siebie. Podobno parmezan jest najzdrowszym z serów. I na dodatek jeszcze szalenie smacznym.
Sery typu parmiggiano czy grana produkowane są również w innych niż Padana regionach. Kupowałam granę w Trentino. Tak samo dobra. Natomiast w fattorii San Martino niedaleko Monterotondo Marittimo (na obrzeżach Maremmy) ser tego typu nosi nazwę primitivo. Pychota.
Już 1.30, więc dosyć tego pisania o pysznościach. Inaczej będę musiała iść coś zjeść.
Kończę i dodaję zdjęcia już następnego dnia.
Jeżeli o pysznościach, to włoskie risotto do takich należy. Każde które jadłam było wyśmienite. Ale najlepsze jadłam w Vernazzy, w Cinque Terre, w trattorii da Piva. W jednej z wąskich uliczek pnących się w górę usiadłyśmy przy stoliku na ulicy i przynieśli risotto z frutti di mare. W kamiennym garnku jeszcze bulgotało. Tego smaku nie zapomnę nigdy i muszę tam jeszcze raz wrócić. Chyba miało dodane sporo peperoncino, ale nie próbowałam jeszcze tego smaku odtworzyć. Po pierwsze ze świeżymi owocami morza u nas kiepsko, a z mrożonych to nie będzie to samo. Może spróbuję na Sycylii, bo risotto z Vernazzy chodzi za mną i moją przyjaciółką od prawie 4 lat. Byłyśmy tam w 2009 roku, w drodze powrotnej z Prowansji. Tak szybko czas leci, ale jak na razie żadne inne risotto nie przebiło tamtego.

We Włoszech jada się również orzotto, przyrządzane według tych samych zasad jak risotto. Zamiast ryżu używa się orzo, czyli kaszy pęczak. U nas pęczaku nie brakuje, można więc spróbować ugotować orzotto np z cukinią i boczkiem. Posypane obficie parmezanem jest bardzo smakowite.