czwartek, 1 sierpnia 2013

Włoskie zakupy

Na początku kupowałam przede wszystkim buty. Czyste szaleństwo. pamiętam jak wiosną 1995 r byłam w Weronie na targach "Fieragricola" i wróciłam z 12 parami butów. Niektóre z bólem serca musiałam sprzedać koleżankom,  bo gdybym chciała wszystkie zatrzymać, to byłoby finansowe samobójstwo. Ale jak ma się zachować kobieta w krainie butów jaką są niewątpliwie północne Włochy? Jeszcze chyba 10 lat wcześniej były u nas kartki na buty, więc łatwo zachłysnąć się tą obfitością. Wtedy robiłyśmy butowe zakupy przede wszystkim w Pitarello, gdzie ceny były na naszą kieszeń. Do oglądania miałyśmy piękne wystawy na ulicach Werony a do kupowania centra handlowe.
I to się nie zmieniło. Eleganckie butiki, w których albo wcale nie wystawiają cen, albo są one z kosmosu, są poza moim zasięgiem. I wcale nad tym nie rozpaczam. Zawsze znajdę coś fajnego za niewielką cenę. I to jest dopiero satysfakcja. Piękne baleriny caluteńkie ze skóry, mięciutkiej jak rękawiczka, za 20 euro to chyba dobry wynik. I mogę wtedy kupić sobie we wszystkich kolorach. To w "Boscaini Scarpe". Są to duże sklepy z butami w północnych Włoszech. Te 20 euro to nie jest średnia cena, większość butów jest tam znacznie droższa. Ale należy szukać przecen. Kiedyś były zgromadzone na lewej ścianie sklepu a teraz są porozrzucane w różnych miejscach.
Warto też zajrzeć do "Scarpe&Scarpe". Sklepy z tej sieci są ogromne i jest ich bardzo dużo - od Palermo do Bolzano (ostatni przed granicą, przy samej trasie przez miasto w centrum handlowym Twenty - oczywiście gdy nie jedzie się autostradą , lecz SS 12). Tutaj trzeba poświęcić dużo czasu, żeby przejrzeć te tysiące wystawionych butów. Podobnie w Pitarello, gdzie wśród plastików można wyczesać czasami coś fajnego. Warto zaglądać do sklepów w małych miejscowościach, często można trafić na coś bardzo oryginalnego i w dobrej cenie. Casami kupuję w Bacie, bo we Włoszech w sklepach Baty są inne buty niż w Polsce. Ale często buty od Baty są sztywne.
Jeden z moich ulubionych sklepów to "Bottegone della Calzatura" w Rosa di Terricciola na południe od Pontederry. Przed sklepem stoi ogromny żółty but, cudny kicz, który trudno przeoczyć. Gdy moje drogi prowadzą w pobliżu zawsze tam wstępuję, bo kupiłam tam sporo fajnych butów. I mam sentyment do tego wielkiego trzewika. Niestety co roku jest coraz gorzej, buty coraz gorsze i nie w moim guście. Pewno przestanę tam zaglądać.


Miałam napisać jeszcze o ciuchach, winach, serach i innych smakolykach, ale już minęła pierwsza w nocy, więc ciąg dalszy nastąpi.

środa, 5 czerwca 2013

Piękna Tropea

Jeszcze o Tropei i okolicach. To rejon wart zobaczenia. Linia brzegowa jest tutaj niezwykle urozmaicona. Niektóre miejscowości dochodzą do morza, inne znowu usadowiły sie na wysokim klifie. Morze, szczególnie oglądane z góry, przybiera nieprzyzwoicie piękne kolory. Kto przyjeżdża tutaj na plażę, to raczej niech wybierze Marina di Zambrone z piaszczystą piękną plażą a nie Tropeę czy Capo Vaticano, gdzie na plażę trzeba dojeżdżać czy dochodzić na dół. Tylko niewielka część Tropei leży na poziomie morza.
Miasteczko jest urokliwe, przepiękne widoki na morze i na kościół Santa Maria dell'Isola usadowiony na  położonym niżej półwyspie, tuż obok piaszczystej plaży.
 
W uliczkach Tropei jest mnóstwo sklepów, można kupić tu słynną czerwoną cebulę i przetwory z niej, a także  peperoncino nazywane kalabryjską viagrą.
 

Peperoncino zajmuje w kalabryjskiej kuchni czołową pozycję. Jada się tutaj ostro. Najbardziej znana jest chyba n'duja - gruba, miękka (nadaje się do smarowania) kiełbasa z wieprzowiny z dużą ilością papryki ostrej i słodkiej, wędzona i dojrzewająca przez kilka miesięcy. Jest czerwona od papryki, ale jak może być inaczej skoro peperoncino stanowi jedną drugą lub jedną trzecią składu kiełbasy. 
Kiedyś przeczytałam w przewodniku Pascala, że w Tropei jest najwięcej lokali gastronomicznych na metr kwadratowy. Istotnie co krok tutaj ristorante, trattoria, pizzeria, bar, cafe. Ale gdy poczytałam wystawione przed lokalami karty dań to w zasadzie są bardzo podobne, różnią się przede wszystkim cenami. I nie powiem żebym była zadowolona z tego co jadłam, a i wino było takie niespecjalnie dobre. Bardzo często się zdarza, że w miejscowości pełnej turystów jest masowe żywienie. Większość z turystów nie zna się na miejscowej kuchni, więc nie wybredzają, uznają że tak ma być. Trzy razy jadłam kolację w tej okolicy (Tropea, Ricadi, Zambrone) i za żadnym razem nie byłam zachwycona zawartością talerza.
Najbardziej lubię jeść tam gdzie przychodzą miejscowi. To się zawsze sprawdza. Dlatego jestem niepocieszona, że w Cerrelli, koło Altavilla Silentina, gdzie nocowałam dzień wcześniej, zamknięto moją ulubioną ristorante "Addo zi Miche". Jakież tam było pyszne jedzenie! Niedaleko jest inna restauracja, niezła, ale niestety nie będę z utęsknieniem czekała przez rok, żeby w niej zjeść. Trzeba zmienić miejsce.
Ale wracajmy do Tropei. Jest niedaleko jeszcze jedno miejsce, którego nie można ominąć - Capo Vaticano. Widok  niezapomniany. Lepiej jest przyjechać tam po południu ze względu na lepsze oświetlenie przez słońce padające od strony morza. Po wjeździe do miejscowości, gdy drogi się rozwidlają nie należy jechać w lewo w dół, ale w prawo do punktu widokowego na końcu drogi. Jest tam kawiarnia ze świetną kawą. Przez kilka lat pracowała w niej Polka, ale jakiś czas temu wyjechała do Belgii. Zaraz za kawiarnią widokowy taras i panoramiczna ścieżka po zboczu.
Widok na strome cyple oddzielone piaszczystymi zatoczkami na zawsze pozostaje w pamięci.
 
 
 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Nareszcie słońce

Nie zawsze w hotelu był sprawnie działający internet, więc nie mogłam pisać na bieżąco.
Pisałam o deszczu, ale to było nic. W Wenecji pojawiło się nawet słońce, podobnie w Rawennie. W Perugii trochę popadało, więc spacer po mieście był ograniczony a zdjęcia kiepskie. W Asyżu pogoda była możliwa, a w Spoleto popołudnie zaskoczyło słońcem. Wieczorem w ristorante na Piazza Mercato  do kolacji piłyśmy wspaniałe Sagrantino di Montefalco i wydawało się, że wreszcie zacznie się prawdziwie włoska pogoda. W nocy oczywiście lało, ale rano znowu pokazało się słońce. Był to czwartek, Boże Ciało - u nas święto i dzień wolny od pracy, natomiast we Włoszech normalny dzień pracy. Procesje odbywają się dopiero w niedzielę.
Orvieto zdołałyśmy przejść w słońcu. Fronton duomo jest zachwycający. Widziałam go już tyle razy, ale za każdym razem jestem oczarowana. Najbardziej lubię wejść w ulicę wychodzącą na piazza Duomo na wprost katedry. Nagle w prześwicie ulicy pojawia się to cudo.

Pamiętam jak pierwszy raz przyjechałam do Orvieto. Krążyłam samochodem po uliczkach szukając katedry. I nagle pojawiła się w wylocie ulicy. Do tej pory pamiętam to wrażenie. Całe stare Orvieto jest warte zobaczenia. Jest jeszcze podziemne miasto. Można tam spędzić wiele godzin, ale w pamięci pozostaje przede wszystkim fronton duomo.
Gdy ruszałyśmy z Orvieto zaczęło się szybko zachmurzać. W Narni zobaczyłyśmy na drodze warstwę gradu rozjeżdżanego przez samochody. Wiatr wiał coraz silniej, zaczął padać deszcz. Coraz mocniej. Pod Terni nagle zabębnił o karoserię grad. W jednej chwili zrobiło się biało. Schowałam się pod dach na stacji benzynowej, jak wiele innych samochodów. Waliły pioruny, wokół płynęła biała od lodu rzeka. Wrażenie przerażające. Trwało to ponad godzinę. Strach było jechać w tej wodzie i lodzie. Przydałyby się zimowe opony. Gdy trochę zelżało ruszyłyśmy w żółwim tempie w stronę Avezzano, gdzie miałyśmy zarezerwowany nocleg. Co chwila przychodziła nowa fala gradu.

Tak wyglądało w pobliżu Terni

Już kilka razy w Italii dopadał mnie grad. Ale trwało to kilka czy kilkanaście minut i niedługo nie było śladu po lodowych kulkach. Teraz ślady będą zapewne na zawsze na karoserii mojego samochodu. Wolę nie sprawdzać.
Ostatni dzień maja też upłynął w deszczu. Miał to być dzień pięknych górskich krajobrazów w Abruzzo i dalej na południe. Niestety, poza krótkim przebłyskiem słońca nad Lago di Barrea, z nieba stale lała się woda. Na dodatek było zimno 6-7 stopni. Wszystko się pokręciło. W Polsce było w tym czasie znacznie cieplej.
1 czerwca w sobotę wydawało się, że już po deszczach. Cieplej, bardziej słonecznie. Ale gdy wieczorem kończyłyśmy kolację w jednej z licznych ristorante w Tropei, rozpętała się burza z niesamowitą ulewą. Wracając do samochodu raczej płynęłyśmy niż szłyśmy. Woda spływała w dół ulicami. Buty schły 2 dni. Lało jeszcze przez pół nocy, ale od niedzieli wreszcie słońce. Jesteśmy na Sycylii.

Port w Cefalu

                                
                                        










środa, 29 maja 2013

Piove, piove...

Jeszcze tak nie miałam, żeby pod koniec maja we Włoszech ustawicznie lało. Chyba tegoroczny wyjazd nie będzie udany. Dzisiaj piąty dzień w podróży a ciągle w długich dżinsach, pełnych butach, czterech warstwach ubrania - bluzka, sweterek, bluza, kurtka. Nic cieplejszego nie mam, więc chyba trzeba będzie jutro wstąpić do Oviesse i kupić coś ciepłego. Może być to trudne, bo w sprzedaży już letnia kolekcja. Przez dwa dni nie miałam internetu, więc nic nie mogłam napisać.
Jak było do przewidzenia na Grossglockner nie pojechałyśmy, chmury sięgały prawie ziemi, a tam jedzie się po widoki. Postanowiłam więc pojechać przez Felbertauerntunnel. Wprawdzie przejazd kosztuje 10 €, ale szybciej byłabym po włoskiej stronie, gdzie miało być cieplej i bardziej słonecznie. Niestety tunel był zamknięty, pojechałam więc drogą 165 przez Gerlos. Na dodatek zboczyłam kawałek z głównej drogi i sięgnęłam nieba - jaka cudna trasa ostro pnąca się pod górę. Wąziutka, więc dodatkowa adrenalina, czy się kogoś spotka z przeciwka. Na wysokości ośnieżonych szczytów, śnieg leżał też przy drodze, na szczęście niewiele.


Nie lubię jeździć przez duże miasta, więc omijam Innsbruck wysoko górą , niezwykle malowniczą trasą. W Volders, przy przepięknym Karlskirche zjeżdżam z drogi 171 w kierunku Tufles i Rinn. Stamtąd do Matrei am Brenner, cudnego malowanego miasteczka, zaraz blisko jest przełęcz Brennero. I już Italia!
W poniedziałek było nawet trochę słońca, ale we wtorek chmury ciągle maszerowały po niebie. Gdy jechałyśmy z Rovereto do Schio (w kierunku Vicenzy), przez góry oczywiście, drogą 46, to popadywał deszcz i miejscami była mgła, a na termometrze 6 stopni. Istny listopad w Polsce, a nie koniec maja we Włoszech.
Moja współtowarzyszka podróży Zosia nie była nigdy we Włoszech, muszę więc pokazać jej najważniejsze atrakcje. Na początek była Wenecja. Piękna jak zawsze, na dłuższą chwilę zaświeciło nawet słońce. Gdy przysiadłyśmy w pobliży placu św.Marka na jakimś stopniu, zmęczone po gonitwie wąskimi uliczkami, podszedł do nas strażnik miejski z prośbą, żebyśmy wstały, bo tu nie wolno siadać. I tak zganiał każdego. To było wczoraj, ale do tej pory mnie to gnębi, jest mi przykro. Od lat co roku jeżdżę do Wenecji. Pamiętam jak zawsze gdzieś przysiadaliśmy, aby odpocząć. Właśnie na jakimś schodku, gdziekolwiek, zdarzało się nawet moczyć nogi w  kanale. I ta swoboda była taka cudowna. A się skończyło. Straciłam serce do Wenecji. Gdyby jeszcze były ławki do wyboru. Ale ich prawie nie uświadczysz.

Co może zaszkodzić kamiennym schodkom, jeżeli usiądzie na nich miękki tyłek? Od chodzenia bardziej się zetrą. Może niedługo trzeba będzie chodzić w kapciach po Wenecji,

niedziela, 26 maja 2013

W drodze

Już jestem blisko, jutro po południu zobaczę niebieską tablicę z otoczonym gwiazdkami napisem - Italia. Dzisiaj nocujemy w Fusch am Grossglockner Hochalpenstrasse.
Niestety pogoda jest beznadziejna, dzisiaj od rana było 2-4 stopnie, padał deszcz i wiał silny wiatr. Wczoraj było trochę lepiej, ale wczorajszy dzień spędziłam głównie na autostradzie. Dzisiaj była już piękna Bawaria, zielona, kwitnąca, z przepięknymi malowanymi domami, majowymi drzewkami, z zapachem gnojowicy. Uwielbiam jechać bocznymi drogami, zaglądać do malowniczych miasteczek i czekać na pojawienie się Alp. Są już dookoła a Italia tuż tuż. Niestety nie pojadę przez Grossglockner, bo pogoda nieodpowiednia, chcę pokonać jeszcze raz tę piękną drogę, ale w słońcu. Będę więc musiała spróbować kolejny raz. Trzeba zmienić trasę, ale na jaką to postanowię jutro rano, gdy zobaczę co dzieje się za oknem.
Obejrzałam w internecie prognozę pogody na najbliższe dni. Nie grozi nam przegrzanie. Od 17 do 21 stopni, ale na szczęście bez deszczu. Będziemy musiały wskoczyć w Trento do Oviesse kupić coś cieplejszego, bo zabrałam tylko jedną bluzkę z długim rękawem.
Bawarski cebulak wśród pól

Kloster Seeon,
Pomimo braku słońca widoki są piękne, ale mam nadzieję, że podczas jutrzejszej drogi przez Alpy słońce się jednak pokaże.

piątek, 26 kwietnia 2013

Arborio i parmiggiano

Słowiki  drą się jak oszalałe, nadrabiają zaległości. Jest ich w pobliżu domu kilka, bo do którego okna bym nie podeszła to słychać głośne trele. Na szczęście Bonifacy to typowy kocur i nie lubi się męczyć, więc mam nadzieję, że nie zapoluje na słowiki, jak jego poprzedniczka kotka, uwielbiająca polowania na ptaszki. Przecież pani słowikowa ma gniazdko na ziemi, więc stanowi łatwy łup. Na razie słowików przybywa, słychać je nawet przez zamknięte okna.
Za miesiąc będę już w Italii. Tym razem wybieram się po raz drugi przez Grossglockner Hochalpenstrasse licząc na słoneczną pogodę , a więc ładniejsze zdjęcia. Jeżeli słońce nie dopisze, to jadę inną drogą - przez Felbertauerntunnel. Kilka lat temu płaciłam za przejazd 10 €,  w tym roku dalej kosztuje 10 €. Dziwny przypadek, wszystko przecież drożeje.
Jeszcze nie posprzątałam samochodu po zimie i na tylnej półce wciąż leży ryż zerwany we wrześniu na polach ryżowych w pobliżu Mediolanu. Kiedyś myślałam, że ryż rośnie na Dalekim Wschodzie, lub w innych odległych krajach, aż tu kilka lat temu jadąc do Turynu znalazłam się wśród ryżowych pól. We Włoszech uprawia się ryż arborio na risotto.
Ryżowisko we wrześniu, niedługo zbiory
W maju widać głównie rozlewiska, w których kiełkuje ryż

Największe skupiska uprawy są w Lombardii, centrum jest chyba w Vercelli , niedaleko Mediolanu.
Przyzwyczaiłam się przez te kilka miesięcy (od września) do tych ryżowych wiech, z których powoli wykruszają się nasiona. Zaraz widzę bezkresne ryżowiska, przez które jedziemy wąską drogą na skróty do Certosa di Pavia.
Okolice na południe od Mediolanu nie należą do ładnych. Na północ zaczynają się góry, prześliczne Como, lago d'Orta. Ale ryżowiska są na płaskim. To Padana, dolina Padu. Jest tutaj dużo ładnych miast i miasteczek, ale dookoła nich nizina. Przy bocznych drogach albo ryż, albo kukurydza i co mnie zdumiało, wielkie fermy bydła. Takie przemysłowe na setki krów, jakie kiedyś były w naszych PGR-ach, jakie wyklęliśmy i na ogół stoją puste.

Lombardzki "PGR"

W Lombardii pracują wydajnie na surowiec do produkcji parmiggiano reggiano i grana padana. Parmiggiano jest znacznie droższy, mnie wystarczy smakowita grana padana , której w mojej rodzinie używa się bardzo dużo. Przodują w tym spożyciu moje wnuki, które używają parmezanu do wszystkiego. A już rosół bez dużej ilości tartego parmezanu nie jest jadalny. To przecież popularna pastinia, którą karmi się włoskie dzieci i którą moje polubiły podczas pobytów na Sycylii.
W Polsce parmezan jest bardzo drogi i jakiś niewyględny. W Italii sprzedaje się kawałki nie krojone na gładko, ale takie odłupane. Kupuję takie bryły zapakowane sotto vuoto (próżniowo) i mogą one długo poleżeć w lodówce. Jeżeli nie zdąży się sera zużyć a termin ważności zbliża się do końca, ucieram parmezan elektryczną lub ręczna maszynką, pakuję w niewielkie woreczki i zamrażam. Po wyjęciu z zamrażarki od razu nadaje się do jedzenia. Jeżeli zamrozi się parmezan w kawałku, to po wyjęciu z zamrażarki musi poleżeć przynajmniej dobę, żeby doszedł do siebie. Podobno parmezan jest najzdrowszym z serów. I na dodatek jeszcze szalenie smacznym.
Sery typu parmiggiano czy grana produkowane są również w innych niż Padana regionach. Kupowałam granę w Trentino. Tak samo dobra. Natomiast w fattorii San Martino niedaleko Monterotondo Marittimo (na obrzeżach Maremmy) ser tego typu nosi nazwę primitivo. Pychota.
Już 1.30, więc dosyć tego pisania o pysznościach. Inaczej będę musiała iść coś zjeść.
Kończę i dodaję zdjęcia już następnego dnia.
Jeżeli o pysznościach, to włoskie risotto do takich należy. Każde które jadłam było wyśmienite. Ale najlepsze jadłam w Vernazzy, w Cinque Terre, w trattorii da Piva. W jednej z wąskich uliczek pnących się w górę usiadłyśmy przy stoliku na ulicy i przynieśli risotto z frutti di mare. W kamiennym garnku jeszcze bulgotało. Tego smaku nie zapomnę nigdy i muszę tam jeszcze raz wrócić. Chyba miało dodane sporo peperoncino, ale nie próbowałam jeszcze tego smaku odtworzyć. Po pierwsze ze świeżymi owocami morza u nas kiepsko, a z mrożonych to nie będzie to samo. Może spróbuję na Sycylii, bo risotto z Vernazzy chodzi za mną i moją przyjaciółką od prawie 4 lat. Byłyśmy tam w 2009 roku, w drodze powrotnej z Prowansji. Tak szybko czas leci, ale jak na razie żadne inne risotto nie przebiło tamtego.

We Włoszech jada się również orzotto, przyrządzane według tych samych zasad jak risotto. Zamiast ryżu używa się orzo, czyli kaszy pęczak. U nas pęczaku nie brakuje, można więc spróbować ugotować orzotto np z cukinią i boczkiem. Posypane obficie parmezanem jest bardzo smakowite.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Cilento



Droga w Cilento
Przez kilka dni nie miałam nawet chwili żeby cokolwiek napisać. 12 kwietnia moja Mama obchodziła setne urodziny. Z moją włoską córką, która przyleciała z Palermo na tę uroczystość, przygotowałyśmy (a głównie ona) mnóstwo smakołyków. W większości były to potrawy z kuchni włoskiej. Najbardziej smakowały gościom involtini z bakłażanów, typowe danie sycylijskie. Teraz bakłażany można kupić przez cały rok, więc stały się już zwyczajnym warzywem, takim jak ogórki czy buraczki.
Pierwszy raz jadłam bakłażana podczas pierwszego pobytu we Włoszech. Przygotowany na campingu, na butli gazowej. Smak mnie wtedy nie olśnił, ale i przygotowanie nie było zgodne z tym czego nauczyłam się o bakłażanach dopiero dużo później. W roku 1987 sami sobie robiliśmy jedzenie wieczorem na campingu. Z tego co przywieźliśmy z kraju, trochę tylko wzbogaconego miejscowymi warzywami. Nawet do głowy mi nie przyszło pomyśleć, że mogłabym pójść do restauracji. Bo i za co.
A teraz mam nawet swoje ulubione knajpki w różnych stronach Italii.
O "5 i 1/2" w Lido Adriano koło Rawenny już pisałam. Daleko na południu w Cerrelli, koło Altavilla Silentina  (na południowy wschód od Salerno) jest restauracja "Addo Zi Miche". Mieszkałyśmy w tej miejscowości w b&b  "Country House L'Ippocastano" . Przyjechałyśmy gdy już było ciemno, więc oczywiście nie mogłyśmy znaleźć b&b. Wstąpiłyśmy więc do restauracji zapytać. Właścicielka wytłumaczyła jak tam trafić, dodając, że jeżeli w dalszym ciągu nie znajdziemy, to żebyśmy wróciły, wtedy ona nas zaprowadzi. Znalazłyśmy i później wróciłyśmy, ale już na kolację, po rozpakowaniu się. Żeby nie nudziło się czekać na zamówione dania na stół wjechała focaccia, spód od pizzy. Ciepła, chrupiąca, smakowita. Pasta również była wyśmienita, dobre miejscowe wino i ta urocza atmosfera prostej włoskiej ristorante na prowincji. I oczywiście ceny bardzo przyjemne dla mojego portfela. Ten urok prowincji też bardzo lubię.

Ristorante "Addo Zi Miche"
Zresztą we Włoszech jest tak dużo wszelkiego rodzaju miejsc do jedzenia, że można znaleźć coś dobrego na każdą kieszeń. Na ogół menu z cenami jest wystawione na zewnątrz, więc nie ma problemu z wyborem.
W Polsce już też czasami widzi się przed lokalem spis potraw z cenami, ale nie jest to jeszcze popularne. A szkoda, bo nie lubię kupować kota w worku. I głupio wstawać od stolika i wychodzić, po przejrzeniu menu. Choć robiłam tak, jeżeli okazywało się, że albo nie ma nic co chciałabym zjeść, albo ceny są za wysokie. W tym roku w końcu maja , jadąc do Palermo, zjem kolację w Cerrelli. Restauracja zamknięta jest w niedzielę, o czym przekonałam się 2 lata temu. Teraz już wiem, że należy tu przyjeżdżać w pozostałe 6 dni tygodnia.

Altavilla Silentina
W samym Cerrelli  żadnych innych atrakcji nie ma.  Pobliska Altavilla Silentina jest za to bardzo ładnym miasteczkiem położonym na górze. A dalej przepiękne Cilento, dokąd lubię wracać i jechać przed siebie coraz to inną górską drogą. Krajobrazy są bajkowe. W pobliżu Felitto warta zobaczenia atrakcja - Gole di Calore. Rzeka Calore płynie w głębokim wąwozie, wzdłuż którego wiedzie turystyczny szlak zaczynający się w Remolino. Jeżeli chce się obejrzeć wszystkie ciekawe miejsca, to trzeba przeznaczyć na wyprawę cały dzień. Wspaniała wędrówka, w cieniu wysokich drzew, nad szalonym miejscami nurtem rzeki.


Gole di Calore
Chciałabym też zobaczyć Gole di Raganello, niedaleko Castrovillari na południu. Tam rzeka płynie w znacznie głębszym wąwozie. Już dwa razy miałam zarezerwowany nocleg w pobliżu, ale nie wyszło. W tym roku jadę z nową koleżanką, po raz pierwszy, więc nie jestem pewna, czy by wytrzymała taki treking. Przetestuję.

Tu zaczyna się Cilento - droga do Teggiano
Parco Nazionale del Cilento e Vallo di Diano obejmuje teren między autostradą A3 na południe od Salerno do Lagonegro a wybrzeżem od Agropoli do Sapri. Ten odcinek wybrzeża jest niezwykle piękny. Droga biegnie zawieszona między górami a morzem. Czasami przypomina wybrzeże Amalfitańskie. Ale jest tu mniej turystycznie, co dla mnie jest ogromną zaletą. Kolor morza widzianego z góry jest wręcz kiczowaty. A wnętrze Cilento to kręte górskie drogi, w maju wielkiej urody żarnowce rozbijające swoją żółcią soczystą zieleń.

Campora


Palinuro

     Urokliwe górskie miasteczka, kasztanowe lasy. Jest nieco dziko i spokojnie, turyści wolą wylegiwać się na piasku zamiast kręcić się górskimi szlakami. Łatwo znaleźć dobry nocleg i świetne jedzenie. Za każdym razem w drodze na Sycylię staram się tu zajechać.