Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolomity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolomity. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2014

Alpejskie drogi do Italii ciąg dalszy

Część atrakcji wyprawy do Włoch to przejazd przez austriackie Alpy. Po kolei próbuję różnych dróg. Jedną z bardziej atrakcyjnych jest niewątpliwie Grossglockner Hochalpenstrasse, kórą przejechałam przy niezbyt sprzyjającej pogodzie. Chciałam więc w tym roku zobaczyć tę trasę w majowym słońcu. Ale znowu będę to musiała odłożyć. Gdy pod koniec maja dotarłyśmy do Fusch chmury wisiały nad głowami. Następnego dnia rano było jeszcze gorzej - leżały na ziemi, więc jazda na widokową drogę, w dodatku za 33 euro, nie miała najmniejszego sensu.
Najbliższy przejazd do Włoch to położony na drodze 108, na południe od Mittersill  - Felbertauerntunnel (10 €). Ruszyłyśmy więc w tamtą stronę, doliną rzeki Salzach, wzdłuż wysokich Alp, w kierunku Innsbrucka. Okazało się jednak, że tunel jest zamknięty. Następny przejazd dopiero w okolicach Innsbrucka. Pogoda była ciągle podła, popadywał nawet deszcz. Droga stała się naprawdę interesująca dopiero gdy omijałyśmy Gerlos starym szlakiem. W Wald im Pinzgau, za tunelem, trzeba skręcić w prawo, w górę.  Droga była wąska, kręta, pięła się ostro w górę na wysokość śniegów. Majowa zieleń a tu śnieg w lesie i tuż obok białe stoki. 
Teraz wiem, że stracilam przez ten manewr sporą atrakcję - Gerlos Alpenstrasse, widokowa kręta droga na przełęcz Gerlos z pięknymi wodospadami Krimmler Wasserfall. Wodospady te uznawane są za najwyższe w Europie, spadają z wysokości 380 m. Aby przejechać tę całą drogę trzeba zapłacić maut czyli opłatę - 8,5 € . Do wodospadów można też dojechać od zachodu, od Zillertal, nic nie płacąc. Obejrzeć i zawrócić. 
Pogoda nie sprzyjała, więc chyba lepiej się stało, że nie pojechałam tam w ten pochmurny majowy dzień. Te widoki lepiej obejrzeć w słoneczny dzień, jeżeli taki się trafi podczas następnego wyjazdu, też w maju, w przyszłym roku. Muszę przy planowaniu podróży bardziej interesować się prognozami pogody. Wiem w każdym razie, że trzeba tu wrócić. Austriacy opanowali do perfekcji branie pieniędzy za wszelki atrakcje turystyczne, ale kraj w dużym stopniu żyje z turystyki, więc nic dziwnego.
Pogoda na szczęście się poprawiła, w okolicach Innsbrucka między chmurami zaczęło pokazywać się niebo, im bliżej Włoch tym więcej.
To już Italia, w Alpach jest mnóstwo castelli - Castel Pietra
Nie lubię jeździć autostradami, ten przymus pędzenia jest męczący. W Austrii na dodatek wiąże się z kosztami - najkrótsza, 10 dniowa winieta kosztuje ponad 8 euro a przejazd przez Europa Brucke na Brennerze drugie tyle. Gdy jedzie się górą to nawet kierowca nie zdaje sobie sprawy gdzie jest, po prostu na jednym z licznych wiaduktów na autostradzie. Dopiero z dołu widać jak to jest wysoko. Ale żeby to zobaczyć trzeba zjechać na Innsbruck Sud i pojechać w kierunku Brennerpass drogą 182. Unika się bramek na  autostradowym Brennerze, no i ma się niesamowite widoki. A droga bardzo dobra i wcale nie męcząca.

Gdyby mi się śpieszyło to co innego. Kiedyś wydawało się, że autostrada jest jedyną drogą do Włoch. Teraz jadę sobie niespiesznie podziwiając krajobrazy, malownicze austriackie miasteczka. Przez Austrię jedzie się wolno, ale jakże przyjemnie. Po wielu próbach znalazłam w końcu swoją drogę na innsbruckim szlaku.
W Kufstein trzeba wjechać na drogę 171 na południe. Następne miasto to urokliwy Worgl, w którym kilka razy nocowałam w hotelu Linde na Banhofstrasse. To właśnie Worgl spowodował, że polubiłam austriackie miasteczka i porzuciłam autostradę. Rattenberg, Brixlegg, Schwaz, Wattens, Volders. Szczególnie wart uwagi jest Rattenberg, z urokliwą starówką nad brzegiem Innu, oraz Świat Kryształów Svarowskiego w Wattens. Za 19 € można obejrzeć kryształowe komnaty strzeżone przez wielkiego potwora, oraz ogromną kolekcję biżuterii Svarowskiego.
Rattenberg
Zaraz niedaleko za Volders, zanim droga przejdzie nad autostradą i rzeką, trzeba odbić w lewo w kierunku Tulfes, Rinn . Tuż za skrętem pojawia się Karlskirche, przepiękny klasztor, który wiele razy widziałam z autostrady (bo stoi tuż obok).

Droga jest węższa, kręta, ale warta pewnego wysiłku. Zamki, kapliczki, śliczne miasteczka i alpejska przyroda. A później widok z góry na Innsbruck. Tulfes, Rinn, Sistrans, Lans i tam kierunek Matrei am Brenner. Droga wiedzie wysoko nad doliną, po prawej autostrada i rzeka. Niezwykle malowniczo, ale dla tych którzy nie mają lęku wysokości. Spokojniejszy wariant to za Rinn do Aldrans, stamtąd do Insbrucka koło pięknego zamku Ambras (warto zajrzeć, chociażby z wierzchu). Przejeżdża się skrajem miasta, w pobliżu słynnej skoczni, na drogę 182. Tą trasą jadę na ogół wracając z Italii.
Tak czy inaczej obydwie drogi doprowadzą do uroczego Matrei am Brenner. Malowane domy przy głównej ulicy zachwycają. Nie mogę przejechać tamtędy bez zrobienia chociażby kilka zdjęć. Jeżeli jest duży ruch i nie można się zatrzymać, po prostu wystawiam rękę z aparatem za okno i strzelam na ślepo. Zawsze coś ładnego uda się uwiecznić.
Matrei am Brenner
Jeszcze kilkanaście kilometrów i już Brennero, a za nim Italia.    
W tym roku, we wrześniu, sprawdziłam kolejny alpejski przejazd, na wschód od Grosglockner. Pogoda była nad wyraz podła, jak zresztą całe lato w Alpach. Aż nie do uwierzenia, że rok wcześniej, gdy jechałam przez Passo del Rombo, nie było na błękicie nieba ani jednej chmurki...
Nocowałam w Bad Gastein, ładnym alpejskim uzdrowisku. Ale niestety niewiele z niego widziałam - lał deszcz i było + 7 stopni . Dobrze, że miałam jakieś ciepłe wdzianka. W hotelu Simader grzali.
Rano pojechałam kilka kilometrów dalej, do Bockstein, gdzie droga się kończy. 20 minut po każdej pełnej godzinie rusza stąd czerwony pociąg przewożący samochody pod masywem górskim.


Zapłaciłam 14 €, samochód ustawiłam w specjalnym wagonie, sama wsiadłam do wagonu osobowego i za około kwadrans byłam już w Mallnitz, w Karyntii. Tam już wyglądało skromniej, nie widać było malowanych domów, kwiatowych kaskad, ale soczyste łąki, świerkowe lasy i piękne góry.
Za kilkadziesiąt kilometrów, na passo Monte Croce Carnico (Plockenpass), 1360 m n.p.m., zaczyna się Italia. Carnico, to po włosku Karyntia. I już wszystko było ładniejsze - niesamowite tornante nad przepaściami, kamienne domy pokryte łupkową dachówką i Dolomity w całej swojej krasie. Gdzie się nie spojrzy tam piękne ujęcie.

wtorek, 7 stycznia 2014

Trasa przełęczy - Rolle, Pordoi,Campolongo,Gardena



Wjazd na Passo dello Stelvio, po raz trzeci
Moja fascynacja przełęczami zaczęła się od Passo dello Stelvio. Gdy jechałam przez nią po raz pierwszy pogoda była ładna, więc zauroczyły mnie te widoki.
W atlasie Alp jest spis przełęczy z podaniem wysokości, stromości podjazdu, okresu kiedy jest przejezdna, informacją czy przejazd jest płatny. Niektóre można przejechać tunelem lub pociągiem (Furka i Simplon w Szwajcarii, Tauern w Austrii). Bardzo bym chciała przejechać się takim pociągiem. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to upiornie drogie. W przyszłym roku pasowałoby mi przejechać przez Tauern. Przejazd tunelem a w zasadzie dwoma (Katschberg i Tauern) na autostradzie A10 kosztuje 10 euro. W sumie 18 € , bo pewno trzeba mieć też winietę, co najmniej za 8 €.
Przed laty jechałam w Szwajcarii, w drodze z Zurychu do Lugano, tunelem St.Gothard, prowadzącym pod przełęczą o tej samej nazwie. Ma 16,9 km i był wtedy najdłuższy w Europie. Teraz w dalszym ciągu jest najdłuższy w Alpach, tunel pod Mont Blanc ma tylko 11,5 km a Frejus 12,9 km. Natomiast najdłuższy tunel drogowy nie tylko w Europie, ale i na świecie, to ukończony w 2000 r norweski Jaerdal liczący sobie 24,5 km. Tunele kolejowe bywają znacznie dłuższe (Lotschberg w Szwajcarii – 34,6 km). Zeszłam do podziemi. Na pewno dzięki tunelom jedzie się przez góry szybciej, ale największą frajdą jest jechać po wierzchu i widzieć to całe piękno. Oglądanie widoków nie kłóci mi się z prowadzeniem samochodu, często tylko ubolewam, że nie mogę zrobić najlepszego zdjęcia, bo wąsko i nie mogę się zatrzymać, ponieważ ktoś za mną jedzie i się wkurza, że nie pędzę.
Jeżeli w górach ktoś jedzie mi na ogonie, to przy najbliższym poszerzeniu jezdni zjeżdżam na bok i puszczam go przodem. Najczęściej jest to miejscowy. Nie wie co traci tak się spiesząc. Ale rozumiem, że ma to na co dzień, więc w zasadzie nie dostrzega. Jak powietrze.
Ostatni dzień na przełęczach podczas mojego wrześniowego wyjazdu był mniej udany ze względu na deszczową pogodę. Jeszcze dzień wcześniej świeciło piękne słońce, więc mogłam podziwiać w całej krasie Pale San Martino w pobliżu San Martino di Castrozza. Widziałam je tylko z drogi, bo nie było czasu, żeby zapuszczać się gdzieś na boki, ale i tak widoki były piękne.

Pale di San Martino

San Martino di Castrozza

Samo San Martino di Castrozza też warte uwagi, krótkiego nawet spaceru. Musi być tam fajnie w śniegu. Wjazd na Passo Rolle niezbyt męczący, malownicze serpentyny. To tylko 1984 m npm. Niebo ozdobiły chmury, ale ciągle było słonecznie, choć na przełęczy temperatura spadła do 10 stopni.
Wjazd na Passo Rolle
 Po drodze zajrzałam do Predazzo. Nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie ,że jest większe. Straszna dziura a obok dwie skocznie, na których brylował nasz Stoch. Zatrzymałam się na placyku, niedaleko kościoła, wyjrzałam za róg i doszłam do wniosku, że to jeszcze nie centro. Wsiadłam więc z powrotem do samochodu i pojechałam dalej ulicą wyglądająca na główną. Niedługo miasteczko się skończyło. Jednak ten plac i kościół to było centrum.
Predazzo
Jeszcze w słońcu  pochodziłam po Moenie. To niezwykle urokliwe miasteczko, żałowałam, że nie w nim zatrzymam się na nocleg. Tu Val di Fiemme przechodzi w Val di Fassa. Przez przełęcz San Pellegrino można pojechać w kierunku Belluno i Wenecji. Miejscowość niewielka, strome uliczki, urocze kolorowe domy, mnóstwo kwiatów, rzeka Avissio wartko płynąca po kamieniach. Moena jest oficjalnie zwana Perłą Dolomitów, jest jedną z 24 Alpine Pearls - najładniejszych górskich miast Europy. Mam nadzieję, że uda mi się tu wrócić, tym bardziej, że nie kupiłam Puzzone di Moena, słynnego miejscowego sera.

                                                     Moena
Ale hotele w Moenie są droższe, więc wybrałam pobliskie Pozzo di Fassa. Też niebrzydkie, ale zaskoczyło mnie to, że znalazłam tam tylko 2 restauracje, które na dodatek nie miały w menu nic co chciałabym zjeść. Jeszcze w takiej sytuacji we Włoszech się nie znalazłam. Kupiłam więc w sklepie parę plasterków miejscowego specku, jakieś pieczywo i pochłonęłam patrząc przez okno na góry w zachodzącym słońcu. Tutejszy speck nie ma sobie równych, krojony w prawie przejrzyste plasterki smakuje wybornie. Ten który dojrzewa długo jest dość twardy, więc lepiej kupować fachowo pokrojony, bo zbyt grube plastry nie dadzą się pogryźć.
W tym rejonie są również świetne sery. Wybrałam się w poszukiwaniu wyrobów Luch da Pcei z San Cassiano. Niestety było już po sezonie, więc nie udało się nic kupić. Na pociechę w drodze powrotnej kupiłam trochę serów w mleczarni Mila na obrzeżach Bolzano przy wjeździe SS 12 od północy. Są naprawdę świetne, szczególnie wart uwagi jest Ortles. Pakują sotto vuoto czyli próżniowo, więc nie ma problemu z dowiezieniem do kraju, gdzie czekają moje serowe łasuchy.
Gdy następnego dnia ruszyłam w stronę Passo Pordoi (2239 m npm) jeszcze przebłyskiwało słońce. Ale gdy wyjrzałam na drugą stronę przełęczy, spod baru do którego wstąpiłam na kawę, to zobaczyłam wielką chmurę leżącą na ziemi. Serpentyny drogi niknęły w niej.

Droga w chmurę - Passo Pordoi
Bez specjalnych więc widoków sturlałam się do Arabby, a stamtąd krętą, niezbyt uczęszczaną drogą, przez Passo di Campolongo (1875 m npm) dotarłam do Corvara in Badia gdzie spadły pierwsze krople deszczu. I potem już było tylko gorzej. Chmury siadły na górach, zrobiło się ponuro kiedy jechałam na Passo Gardena (2121 m npm). Pomimo to Dolomity sprawiały ogromne wrażenie. Będę musiała przejechać tę drogę jeszcze raz w słońcu.

Zjazd z przełęczy Gardena

Po drodze trafiłam na słodki obrazek - wewnątrz serpentyny (tej na zdjęciu) odpoczywało stado krów powoli przeżuwając alpejską trawę. Jedna z nich smacznie spała z łbem ułożonym na udzie sąsiadki.
Chciałam pospacerować jeszcze po dwóch miasteczkach – Selva di Val Gardena i Santa Cristina Valgardena. Niestety deszcz padał coraz bardziej, więc mogłam tylko trochę pokrążyć samochodem i popatrzeć przez zalane wodą szyby. Warto tu wrócić w lepszą pogodę, żeby spokojnie pochodzić malowniczymi uliczkami.
Myślałam, że dzień skończę w strugach deszczu, jednak nie przejechałam chyba więcej niż 30 km a deszcz ustąpił słońcu – w Bolzano było już 27 stopni, podczas gdy na Gardenie około 11.









poniedziałek, 7 października 2013

Trasa przełęczy - Tonale, Campo Carlo Magno

Muszę dokończyć opis trasy wokół Adamello (3554 m). Miasteczko Corteno Golgi, w którym nocowałam jest niewielkie, tak na 40 minut spaceru. Największą atrakcją jest to, iż urodził się tutaj laureat nagrody Nobla Camillo Golgi, lekarz patolog. Wtedy, w 1843 r miasteczko nazywało się tylko Corteno. Dopiero w 1956 r  dodano do nazwy Golgi, oczywiście na cześć noblisty.

Alpe Strencia


Na podwórzu domu rodzinnego noblisty
Mieszkałam w sympatycznym hotelu Miramonti, za oknem szumiała rzeczka, dookoła góry. Na kolację casoncelli con burro e salvia, były wyśmienite. To rodzaj ravioli w kształcie prostokąta. Przypuszczam, że były ugotowane wcześniej i podgrzane w mikrofalówce, co nie powinno mieć miejsca, ale i tak były pyszne, więc nie wyraziłam dezaprobaty dla takich praktyk. Casoncelli są typowe dla Lombardii, a szczególnie dla rejonu Brescii i Bergamo. Moje były nadziane ricottą, szpinakiem i ziemniakami, ale można je napełniać przeróżnymi farszami.
Wszystkie włoskie ravioli są bardzo smaczne. Ale najbardziej utkwiły mi w pamięci te które jadłam w Bari - nazywały się violente a były nadziane ziemniakami z lawendą i polane sosem z dyni. Jadłam je ze 4 lata temu , ale do tej pory pamiętam ich smak.
Z Coreteno Golgi, przez Edolo pojechałam w kierunku Passo del Tonale. Po drodze ładne miasteczko Ponte di Legno. Cały czas towarzyszyła mi kolejka linowa. Wagoniki śmigały nisko nad szosą, bardzo często wzdłuż drogi, tak jakby pełniły rolę komunikacji autobusowej. Kursowały we wszystkie strony.
Jechałam już kiedyś tą trasą, tyle, że w odwrotnym kierunku. I nie pamiętałam, że na przełęczy jest ładne miasteczko. Oczywiście same pensjonaty, hotele, bo wokół raj dla narciarzy. Piękne słońce jeszcze dodawało uroku krajobrazowi.

Passo di Tonale
Po drodze zajrzałam do Osany, nad którą górują dość dobrze zachowane ruiny zamku. Maleńkie ukwiecone miasteczko z kilkoma wąskimi uliczkami. Chwila na odpoczynek w trasie.

Osana
To Val Vermiglio, a zaraz za nią Val di Sole, dobrze znana narciarzom. Na początku Val di Sole, w Dimaro skręciłam na południe w kierunku Tione di Trento. Majestatyczne lasy. Po drodze przełęcz i narciarska miejscowość Campo Carlo Magno (tylko 1682 m n.p.m) i zaraz za nią śliczna Madonna di Campiglio. 

Ukwiecony hotel Catturani na Passo Carlo Magno


Madonna di Campiglio
Gdybym jeździła na nartach, to chciałabym tu spędzić parę dni. Byłam w wielu miejscowościach narciarskich, ale Madonna najbardziej przypadła mi do gustu. Podczas spaceru po mieście trafilam na polski ślad - plakat z Tour de Pologne. 27 lipca etap wyścigu kończył się właśnie w Madonna di Campiglio. Czesław Lang ciągle jest jedną nogą we Włoszech. Mieszkał wiele lat nad Gardą i wcale mu się nie dziwię, że lubi tu wracać, nawet z całym swoim wyścigiem.
Takie widoki nie pozwalają szybko opuszczać tej okolicy. Na szczęście przy drodze jest dużo miejsc do zatrzymania i spokojnego napawania się pięknem alpejskiego krajobrazu. Taki obrzydliwy landszaft. Gdy przeglądam zdjęcia wracam tam jeszcze raz i prawie czuję zapach rozgrzanej słońcem górskiej łąki.