sobota, 25 października 2014

Toskania - wokół Monte Amiata

Monte Amiata - wygasly wulkan o wysokości ponad 1700 m n.p.m górujący na południową i środkową Toskanią. Pokryte lasami kasztanowymi zbocza, siarkowe źródła, złoża cynobru, źródła 4 rzek.
Cynober jest rudą rtęci. W tym rejonie znajdowały się drugie co do wielkości na świecie złoża tej kopaliny. W czasie największego wydobycia pracowało w kopalniach 2500 ludzi. Wydobycie zakończylo się w latach 60. ubiegłego wieku. Obecnie można zwiedzać stare kopalnie i wioski górników. Jak chciażby pierwszą, która w 1847 r zaczęła działać w Siele niedaleko Piancastagnaio (wstęp 5 €, oprowadzającymi są byli górnicy). Wszystko można uczynić atrakcją turystyczną, co podziwiam u Włochów.
Amiata wybuchnęła ostatni raz około 700 tys lat temu. Można więc spać spokojnie.
Góra jest widoczna w większej części Toskanii, jej charakterystyczny zarys trudno pomylić. Widzę ją w tle wielu moich zdjęć.
Na Monte Amiata można wjechać prawie na sam szczyt drogą która zwie się Vetta delle Monte Amiata. Ale droga cały czas prowadzi przez gęsty las, więc żadnych widoków. Co najwyżej letnie domy, wyciągi, bo zimą można tu jeździć na nartach. Za to wokół góry jest mnóstwo wartych wizyty miasteczek. Arcidosso, Santa Fiora, Castel del Piano, Castel Azzara, Piancastagnaio, Seggiano, Abbadia San Salvatore, Radicofani, San Quirico d'Orcia, Castiglione d'Orcia. Żeby choć na trochę zajrzeć do tych miejscowości trzeba tam spędzić ze trzy dni. Będzie to bardzo przyjemna wędrówka. Malownicze kręte drogi, raczej pustawe, bo główny ruch turystyczny to centrum Toskanii. 
W ciągu jednego dnia, gdy rano wyruszyłam z Grosseto, udało mi się obejrzeć Arcidosso, Santa Fiora i położone bardziej na południe Sorano. Ponieważ mieszkałam w pobliżu Radicofani, jeszcze późnym popołudniem zajrzałam do ślicznego San Casciano dei Bagni. Radicofani dopiero następnego ranka.
Będę miała powód, żeby tam wrócić, bo bardzo mi się tam spodobało.   
Monticello Amiata
 


















Arcidosso jest otoczone przez lasy bukowe i kasztanowe. Kasztany to tutejsza specjalność,  posiadają odpowiednie certyfikaty jakościowe. Arcidosso - citta del castagno, taki napis wita nas przy wjeździe do miasteczka. W okolicy nie brakuje też drzew oliwnych i winnic z których pochodzi szlachetne miejscowe wino Montecucco.
Arcidosso długo nie zapomnę. W poszukiwaniu miejsca do parkowania zapuściłam się w uliczki najstarszej części miasta. Nie było odwrotu, musiałam jechać do przodu. Złożyłam lusterka boczne, ale  i tak do ścian brakowało mi może 3, może 5 cm, wolałam nie patrzeć. Uliczki kręte, raz w górę, raz w dół. Tylko czekałam aż zawadzę o mur. Dopiero gdy zobaczyłam przed sobą otwartą przestrzeń, odetchnęłam swobodnie. Ale szczękościsk miałam jeszcze długo. Myślałam, że w ubiegłym roku w Artenie było najbardziej stresująco. Ale nie. Arcidosso  przebiło Artenę.
Nie dałam się jednak zniechęcić. Pochodziłam wąskimi uliczkami, którymi wcześniej się przeciskałam samochodem, zwiedziłam zamek - Rocca Aldobrandesca, w którego starych (XI - XII wiek) wnętrzach była wystawa sztuki nowoczesnej. Wolę jednak starą, choć takie pomieszanie starego z nowym ma też swój urok.
Arcidosso - Rocca Aldobrandesca
 Santa Fiora słynie ze swojej Peschiery. U stóp wzgórza, na którym położone jest miasto, znajduje się zbiornik wodny utworzony przez wody rzeki Fiory. Rodzina Aldobrandeschich, która w średniowieczu władała miastem, hodowala tam pstrągi. Sforzowie, którzy byli następnymi władcami, założyli obok  piękny park.  
Peschiera w Santa Fiora
                    .                                                                           
      






Samo miasteczko należy do bardzo malowniczych, z ogromną przyjemnością spaceruje się wąskimi uliczkami schodzącymi w dół do murów. Koniecznie trzeba zajrzeć do kościoła pod wezwaniem świętych Fiory i Lucilli, żeby zobaczyć dzieła Andrea della Robbia. Na tych terenach często można trafić na robbiana, charakterystyczne płaskorzeźby ceramiczne autorstwa samego mistrza, jego synów lub uczniów. Najpiękniejsze widziałam w klasztorze La Verna, na północ od Arezzo, pięknym miejscu w górach, gdzie święty Franciszek przebywał przez wiele lat.
 Palio dei Somari. W 3 niedzielę czerwca w graniczącym z Santa Fiora Bagnolo odbywa się palio, podczas którego zamiast koni (jak w Sienie), ścigają się osły. Konkuruje ze sobą 8 kontrad. Ci którzy wygrają przez cały następny tydzień zapraszają na pranzo (obiad) pozostałych. Palio zaczyna się w sobotę kiedy to miejscowe gospodynie przygotowują tradycyjne dania cucina povera i wszyscy mieszkańcy oraz turyści najadają się za darmo. Oczywiście są również uroczystości kościelne, zabawy, wystawy, gry. Wszyscy świetnie się bawią
Z Santa Fiora pojechałam na południe, wśród wzgórz porośniętych oliwkami, mijając po drodze położone malowniczo na wzgórzu Semproniano.
Semproniano                             

  
Chciałam wreszcie zobaczyć Terme di Saturnia, bo parę razy zapuszczałam się w tamtym kierunku i nigdy nie dojechałam. A przede wszystkim chciałam zobaczyć gorące źródła tryskające w szczerym polu, o czym wyczytałam w jakimś przewodniku przed laty. Nic z tego. Tylko w jednym miejscu widziałam, że ludzie zatrzymują się przy drodze i wędrują w jakieś krzaczory. Pewno tam coś było. Ale nie wyglądało atrakcyjnie, a na dodatek upał zbijał z nóg. Przy termach, na wielkim pełnym białego kurzu parkingu, kłębił się tłum samochodów, z których wyłaniali się ludzie ubrani w kostiumy kąpielowe, z dużymi kąpielowymi ręcznikami i szli do term. Nie miałam ani kostiumu, ani odpowiedniego ręcznika, a przede wszystkim nie lubię takiego ścisku. Pojechałam więc dalej, do położonego na klifie Sorano.
Ładne ze względu na swoje położenie. Droga do miasta też prowadzi w głębokim wąwozie
 Włosi bardzo lubią zbierać grzyby. W lasach wokół Monte Amiata jest ich bardzo dużo. Jednak grzybobranie nie odbywa się tak jak u nas, bez ograniczeń. Zasady zbierania są dokładnie określone. Grzyby muszą mieć odpowiednią wielkość, można zebrać tylko 3 kg w ciągu dnia, nie wolno używać foliowych toreb, ale przewiewne pojemniki, najlepiej koszyk. Trzeba też wnieść stosowną opłatę, której wysokość jest ustalana w regionie. Turyści płacą znacznie więcej niż mieszkańcy. Na przykład w Toskanii turysta grzybiarz płaci 15 € za dzień, 40 € za tydzień, 100 € za rok. Mieszkańcy 13 € za miesiąc lub 25 € za rok. Teraz już się nie dziwię dlaczego mężczyzna, stojący przy samochodzie na drodze przez pustkowia Campo Imperatore, na pytanie jakie grzyby tutaj rosną (bo widać było zbierających) odpowiedział, że on żadnych grzybów nie zbiera, tylko podziwia krajobraz. Pewno myślał, że jestem z Guardia di Finanza.
Sama nigdy nie byłam we Włoszech na grzybobraniu. Raz tylko, kiedy  zatrzymałam się w alpejskim lesie na chwilę odpoczynku, niedaleko drogi zobaczyłam rydze.

czwartek, 23 października 2014

Południowa Toskania - Maremma

Każdy kto przyjeżdża na krótko do Toskanii chce zobaczyć Florencję, Sienę, Montepulciano, Pizę. To piękne miasta, alfabet Toskanii. Warto jednak zajrzeć również na obrzeża regionu. Są ludzie zakochani w Maremmie, jak chociażby Krystyna Janda.
Nie zdążyłam jeszcze tam na dłużej dotrzeć, stale gdzieś w pędzie, więc tylko na chwilę, przejazdem, ale już trochę tego regionu poznałam. Maremma rozciąga sie wzdłuż morza poczynając od Livorno a kończy się  w okolicach Civitavecchia. Piękna przyroda, parki narodowe, zupełne odludzia, plaże ze złocistego piasku, urokliwe miasteczka, dobre jedzenie.
Najbardziej chciałabym na żywo zobaczyć maremmańskich butteri. To odpowiednik amerykańskiego kowboja. Jeżdżą na pięknych koniach półkrwi (z domieszką krwi arabskiej) cavallo maremmano, pilnują stad długorogiego bydła pasącego się na swobodzie.

Stałym atrybutem butteri są mazzarelle - haczykowato zakończone długie na około 1,5 m kije ,  wykonane z twardego derenia. Sami mówią, że to ich trzecia ręka, bo istotnie pomaga wykonać wiele czynności bez konieczności zsiadania z konia.
Konie butteri są doskonale ujeżdżone. Dlatego też biorą udział w malowniczych spektaklach chętnie oglądanych przez publiczność nie tylko na terenie Maremmy. Pokaz ujeżdżania czyli carosello, chwytanie (na lasso) i znakowanie bydła itp. Chciałabym to zobaczyć na własne oczy... W tym roku udało mi się spotkać jedynie plakat butteri.
We wrześniu byłam wreszcie w Grosseto, największym mieście Maremmy. Wielokrotnie przejeżdżałam w pobliżu, ale zawsze zabrakło czasu, żeby zajrzeć do środka. W tym roku zarezerwowałam hotel tuż obok starówki - Albergo Appennino. Niestety w stosunku do ceny jego jakość była kiepska. Główna zaleta to kilkuminutowa odległość od starówki.
       Stare miasto otoczone murami nie jest wielkie, ale ładne. Na dodatek jest tam mnóstwo miejsc, w których można smacznie, a nawet niedrogo zjeść. Niestety spokój kolacji zakłóciły mi komary. Było ich w tym roku nadzwyczaj dużo w całych Włoszech. Jeszcze nigdy nie zostałam tak pożarta jak w sympatycznej restauracji na starówce w Grosseto.
Grosseto
Niedaleko, nad morzem, jest urokliwe Castiglione della Pescaia z zamkiem na górze i starym sennym miasteczkiem. Większa część miasta leży nad morzem, ma ładne plaże a więc i tłumy gości. Tuż obok jest unikalny rezerwat Diaccia Botrona - widoczny spod zamku. Palude - podmokłe tereny z obfitoścą rzadkich okazów roślin, wodnego ptactwa (flamingi, białe czaple), oddzielone wydmą od morza. Trzeba tam pojechać. Jest kilka możliwości dojazdu w pobliże. Latem jednak może być bardzo dużo komarów, tak jak to było kiedyś na całej Maremmie, zanim została osuszona i przestała być regionem malarycznym.

Castiglione della Pescaia
Castello w Castiglione della Pescaia
Śliczna jest też pobliska Massa Marittima. Imponująca katedra, malownicze uliczki. Warto zajrzeć w te dwa miejsca. A przenocować w Locanda "Il Gabellino" w Boccheggiano, przy drodze 441, prowadzącej od Sieny.  Locanda prowadzona jest przez sympatyczną rodzinę. Dobre ceny, świetna kuchnia, a rano pobudka przez osła. Ceny hoteli w tej okolicy są dość wysokie, więc "Il Gabellino" tym bardziej warte polecenia. Za pokój jednoosobowy z łazienką trzeba zapłacić 30 €, a za 2-osobowy 50 € 
Massa Marittima
Żałuję, że nie zwiedziłam dokładnie Capalbio, które nawet podczas krótkiego przejazdu przez kawałek miasteczka wyglądało na warte obejrzenia. Mam nadzieję, że uda mi się to jeszcze zrobić, gdy wrócę do Maremmy w poszukiwaniu i butteri. Poprzednio musiałam poświęcić Capalbio na rzecz niewątpliwej atrakcji - Giardino dei Tarocchi w pobliskim Garavicchio.
Niki de Saint Phalle, międzynarodowej sławy rzeźbiarka, zainspirowana m.in parkiem Guell Gaudiego w Barcelonie i Parco dei Mostri w Bomarzo, przez kilkanaście lat tworzyła monumentalne rzeźby odnoszące się do figur tarota. Stanęły one na terenie o powierzchni 2 hektarów w Garavicchio. Znajdujące się wśród drzew na wzgórzu figury - 22 karty tarota o wysokości 12-15 m, pokryte są mozaiką z luster, szkła i ceramiki. Feeria kolorów i zaskakujących kształtów.

W monumentalnej pracy pomagał jej mąż, również rzeźbiarz, Jean Tinguely, jak również kilku innych znanych artystów, których mniejsze rzeźby rozrzucone są po całym parku.
Największa z figur - L'Imperatrice- Sfinge służyła artystce za mieszkanie. W jednej piersi jest kuchnia, w drugiej sypialnia. Wewnątrz rzeźby jest wszystko potrzebne do wygodnego mieszkania - zarówno łazienka, jak i kominek, taras z rozległym widokiem. Wszystko pokryte ułamkami luster. Chyba bym długo nie wytrzymała w takim błyszczącym otoczeniu.
Na płytach ścieżek tajemnicze znaki, historia życia narysowana na ceramicznych płytkach. Bardzo to wszystko ciekawe.
Artystka zmarła w 2002 r.
Imperatrice 

W maju 1998 r Giardino dei Tarocchi został otwarty dla publiczności i od tej pory przyjeżdżają tu tłumy turystów, szczególnie latem z pobliskiego wybrzeża. Ogród jest czynny od 1 kwietnia do 15 października od 14,30 do 19.30, natomiast od listopada do marca od 8,00 do 16,00 , poza niedzielami i sobotami w które wypada święto. W miesiącach zimowych, z woli fundatorki, w każdą pierwszą sobotę miesiąca wstęp jest wolny  w godz. 9,00-13,00.
Bilety normalne kosztują 10,5 euro, ulgowe (dla studentów, powyżej 65 lat i młodzieży od 7 do 16 lat) 6 euro. Dzieci do 7 lat oraz inwalidzi wstęp wolny. Grupy, co najmniej 25 osobowe mogą kupić bilety po 6 euro pod warunkiem, że dokonają rezerwacji z 10-dniowym wyprzedzeniem.
Na kafelkach historia życia Niki de Saint Phalle

,

sobota, 18 października 2014

Teatro del Silenzio

Pierwszemu koncertowi jaki dał Andrea Bocelli w swoim rodzinnym Lajatico towarzyszyła rzeźba Igora Mitoraja. Było to latem 2006 r. W następnym roku głowę Mitoraja zastąpiło "Il Grande sole" autorstwa Arnaldo Pomodoro. Scenografia zmienia się co roku, ale i tak symbolem Teatro del Silenzio jest rzeźba Mitoraja.
Polski rzeźbiarz jest bardzo ceniony we Włoszech. W tym roku w maju otwarta została wielka jego wystawa "Angeli" w Pizie, z okazji 950 lecia rozpoczęcia budowy słynnej pizańskiej katedry.

We Włoszech miał bardzo dużo wystaw - jak chociażby  ekspozycja w Valle dei Templi w Agrigento w 2011 r. Przez wiele lat mieszkał i tworzył w toskańskim miasteczku Pietrasanta, niedaleko Carrary. 
Zmarł  6 października w paryskim szpitalu w wieku 70 lat.
Cały czas mam przed oczami rzeźbę Mitoraja w miejscu gdzie podczas koncertu w Teatro del Silenzio jest estrada, na wodzie. Widziałam następne scenografie, ale tamta robiła największe wrażenie, choć była tak minimalistyczna.
Andrea Bocelli dał swojemu rodzinnemu miastu popularność nie tylko dlatego, że tu się urodził. Wraz z mieszkańcami Lajatico stworzył Teatro del Silenzio. Jeden koncert w roku, a potem przez 364 dni cisza. Silenzio to cisza.
Scena jest budowana ponad wodami małego jeziorka zwanego Pelago d'Uccelliera, które kiedyś służyło jako wodopój. Naturalne uksztaltowanie terenu pozwala utworzyć amfiteatr z miejscami dla kilku tysięcy widzów.
W 2007 r jadąc z Volterry w kierunku Pontederry zobaczyłam drogowskaz - Teatro del Silenzio. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co kryje się za tą nazwą. Intrygująca nazwa. Trzeba sprawdzić. Wśród toskańskich wzgórz, pól, z Monte Amiata na horyzoncie, u stóp miasteczka otoczona przez kamienne bryły, leżała na wodzie niebieska głowa pozbawiona części czaszki. To było  Teatro del Silenzio. Wrażenie niesamowite. Cisza była aż widoczna. Niedługo przedtem widziałam w rzymskiej bazylice Santa Maria degli Angeli rzeźbę Igora Mitoraja zatytułowaną San Giovanni Baptista.
Styl Mitoraja jest tak charakterystyczny, więc  od razu pomyślałam, że rzeźba w Teatro del Silenzio to też jego dzieło. I właśnie tak było.
W ubiegłym roku koncertowi towarzyszyły dwa monumentalne posągi przedstawiające nagich mężczyzn.
Akurat ta scenografia podobała mi się najmniej
Pierwszy koncert w Teatro del Silenzio zgromadził około 5 tys słuchaczy. Szybko ta liczba się podwoiła. Z maestro zawsze występują artyści o międzynarodowej sławie, chór, orkiestra, tancerze. To ogromny urozmaicony spektakl.
Bilety nie należą do tanich. Nawet za miejsca stojące trzeba zapłacić - u polskiego sprzedawcy biletów 425 pln. Jeżeli chce się siedzieć, to najtaniej za około 750 pln, daleko od sceny. Żeby być w dobrym miejscu i blisko trzeba wydać 2- 5 tys.pln. Bilet executive w pakiecie z posiłkiem, przepustką VIP i parkingiem kosztuje 18890 pln. Jeszcze 4 miejsca są wolne. Ale ceny nie mają znaczenia dla wielbicieli głosu Andrei Bocellego, widownia jest zawsze wypełniona po brzegi. Trwa już sprzedaż biletów na przyszłoroczny koncert, który odbędzie się 2 sierpnia. To 10 koncert w tym urokliwym miejscu. "Turandot" Pucciniego będzie głównym motywem. Chciałabym pojechać...
Tak było w tym roku. Mediterranea, to nazwa tego projektu


Lajatico to niewielkie miasteczko na wzgórzu, do którego prowadzi droga obsadzona cyprysami. Piazza, kilka uliczek i widoki na pofalowany krajobraz. Toskania...


W Lajatico, tak jak w prawie każdym włoskim miasteczku, organizuje się festy. Każdy powód jest dobry. Spotkałam już święto ślimaka, pomarańczy, calzone, trufli, grissini, czekolady, kasztanów, flaków,dorsza smażonego, karczochów,polenty itp. Całe miasto się spotyka, jest jedzenie, picie, tańce, turyści mają atrakcje. Świetna zabawa. W Lajatico w czerwcu jest Festa della Bruschetta. Bruschetta to typowo toskańskie antipasto  tzw cucina povera, kuchnia uboga. Kiedyś było to pożywienie wieśniaków podczas pracy w polu, dzisiaj znajduje sie w menu najwytworniejszych restauracji.
Jak każda prosta włoska potrawa jest niezwykle smaczna, właśnie dzięki swej prostocie. To kawałek wiejskiego chleba, przypieczony, natarty czosnkiem, pokropiony oliwą i posypany kawałeczkami pomidora. Sól, pieprz i to wszystko. Można robić bruschetty z przeróżnymi produktami - bakłażanami, wędlinami, raz nawet w okolicy Montepulciano jadłam bruschettę z cieniutkim płatkiem słoniny, ale najlepsza jest klasyczna z pomidorem.
W końcu czerwca, w wiosce La Sterza, niedaleko Lajatico, odbywa się  Festa sull'Aia z paradą starych traktorów, starych maszyn rolniczych ( w tym roku atrakcją była młocarnia), tradycyjną kuchnią, wspólnym jedzeniem i tańcami. W październiku jest Sagra della Castagne, czyli święto kasztanów. Właśnie teraz jest sezon na kasztany, wszędzie dymią specjalne piecyki, w których na ulicy piecze się kasztany.
Zazdroszczę włoskiej prowincji tych tradycji, promowania lokalnej kuchni, lokalnych produktów.
Jeszcze kilka zdjęć z okolic Lajatico. Lubię tam wracać. 
wiosną...
jesienią...

wtorek, 7 października 2014

Alpejskie drogi do Italii ciąg dalszy

Część atrakcji wyprawy do Włoch to przejazd przez austriackie Alpy. Po kolei próbuję różnych dróg. Jedną z bardziej atrakcyjnych jest niewątpliwie Grossglockner Hochalpenstrasse, kórą przejechałam przy niezbyt sprzyjającej pogodzie. Chciałam więc w tym roku zobaczyć tę trasę w majowym słońcu. Ale znowu będę to musiała odłożyć. Gdy pod koniec maja dotarłyśmy do Fusch chmury wisiały nad głowami. Następnego dnia rano było jeszcze gorzej - leżały na ziemi, więc jazda na widokową drogę, w dodatku za 33 euro, nie miała najmniejszego sensu.
Najbliższy przejazd do Włoch to położony na drodze 108, na południe od Mittersill  - Felbertauerntunnel (10 €). Ruszyłyśmy więc w tamtą stronę, doliną rzeki Salzach, wzdłuż wysokich Alp, w kierunku Innsbrucka. Okazało się jednak, że tunel jest zamknięty. Następny przejazd dopiero w okolicach Innsbrucka. Pogoda była ciągle podła, popadywał nawet deszcz. Droga stała się naprawdę interesująca dopiero gdy omijałyśmy Gerlos starym szlakiem. W Wald im Pinzgau, za tunelem, trzeba skręcić w prawo, w górę.  Droga była wąska, kręta, pięła się ostro w górę na wysokość śniegów. Majowa zieleń a tu śnieg w lesie i tuż obok białe stoki. 
Teraz wiem, że stracilam przez ten manewr sporą atrakcję - Gerlos Alpenstrasse, widokowa kręta droga na przełęcz Gerlos z pięknymi wodospadami Krimmler Wasserfall. Wodospady te uznawane są za najwyższe w Europie, spadają z wysokości 380 m. Aby przejechać tę całą drogę trzeba zapłacić maut czyli opłatę - 8,5 € . Do wodospadów można też dojechać od zachodu, od Zillertal, nic nie płacąc. Obejrzeć i zawrócić. 
Pogoda nie sprzyjała, więc chyba lepiej się stało, że nie pojechałam tam w ten pochmurny majowy dzień. Te widoki lepiej obejrzeć w słoneczny dzień, jeżeli taki się trafi podczas następnego wyjazdu, też w maju, w przyszłym roku. Muszę przy planowaniu podróży bardziej interesować się prognozami pogody. Wiem w każdym razie, że trzeba tu wrócić. Austriacy opanowali do perfekcji branie pieniędzy za wszelki atrakcje turystyczne, ale kraj w dużym stopniu żyje z turystyki, więc nic dziwnego.
Pogoda na szczęście się poprawiła, w okolicach Innsbrucka między chmurami zaczęło pokazywać się niebo, im bliżej Włoch tym więcej.
To już Italia, w Alpach jest mnóstwo castelli - Castel Pietra
Nie lubię jeździć autostradami, ten przymus pędzenia jest męczący. W Austrii na dodatek wiąże się z kosztami - najkrótsza, 10 dniowa winieta kosztuje ponad 8 euro a przejazd przez Europa Brucke na Brennerze drugie tyle. Gdy jedzie się górą to nawet kierowca nie zdaje sobie sprawy gdzie jest, po prostu na jednym z licznych wiaduktów na autostradzie. Dopiero z dołu widać jak to jest wysoko. Ale żeby to zobaczyć trzeba zjechać na Innsbruck Sud i pojechać w kierunku Brennerpass drogą 182. Unika się bramek na  autostradowym Brennerze, no i ma się niesamowite widoki. A droga bardzo dobra i wcale nie męcząca.

Gdyby mi się śpieszyło to co innego. Kiedyś wydawało się, że autostrada jest jedyną drogą do Włoch. Teraz jadę sobie niespiesznie podziwiając krajobrazy, malownicze austriackie miasteczka. Przez Austrię jedzie się wolno, ale jakże przyjemnie. Po wielu próbach znalazłam w końcu swoją drogę na innsbruckim szlaku.
W Kufstein trzeba wjechać na drogę 171 na południe. Następne miasto to urokliwy Worgl, w którym kilka razy nocowałam w hotelu Linde na Banhofstrasse. To właśnie Worgl spowodował, że polubiłam austriackie miasteczka i porzuciłam autostradę. Rattenberg, Brixlegg, Schwaz, Wattens, Volders. Szczególnie wart uwagi jest Rattenberg, z urokliwą starówką nad brzegiem Innu, oraz Świat Kryształów Svarowskiego w Wattens. Za 19 € można obejrzeć kryształowe komnaty strzeżone przez wielkiego potwora, oraz ogromną kolekcję biżuterii Svarowskiego.
Rattenberg
Zaraz niedaleko za Volders, zanim droga przejdzie nad autostradą i rzeką, trzeba odbić w lewo w kierunku Tulfes, Rinn . Tuż za skrętem pojawia się Karlskirche, przepiękny klasztor, który wiele razy widziałam z autostrady (bo stoi tuż obok).

Droga jest węższa, kręta, ale warta pewnego wysiłku. Zamki, kapliczki, śliczne miasteczka i alpejska przyroda. A później widok z góry na Innsbruck. Tulfes, Rinn, Sistrans, Lans i tam kierunek Matrei am Brenner. Droga wiedzie wysoko nad doliną, po prawej autostrada i rzeka. Niezwykle malowniczo, ale dla tych którzy nie mają lęku wysokości. Spokojniejszy wariant to za Rinn do Aldrans, stamtąd do Insbrucka koło pięknego zamku Ambras (warto zajrzeć, chociażby z wierzchu). Przejeżdża się skrajem miasta, w pobliżu słynnej skoczni, na drogę 182. Tą trasą jadę na ogół wracając z Italii.
Tak czy inaczej obydwie drogi doprowadzą do uroczego Matrei am Brenner. Malowane domy przy głównej ulicy zachwycają. Nie mogę przejechać tamtędy bez zrobienia chociażby kilka zdjęć. Jeżeli jest duży ruch i nie można się zatrzymać, po prostu wystawiam rękę z aparatem za okno i strzelam na ślepo. Zawsze coś ładnego uda się uwiecznić.
Matrei am Brenner
Jeszcze kilkanaście kilometrów i już Brennero, a za nim Italia.    
W tym roku, we wrześniu, sprawdziłam kolejny alpejski przejazd, na wschód od Grosglockner. Pogoda była nad wyraz podła, jak zresztą całe lato w Alpach. Aż nie do uwierzenia, że rok wcześniej, gdy jechałam przez Passo del Rombo, nie było na błękicie nieba ani jednej chmurki...
Nocowałam w Bad Gastein, ładnym alpejskim uzdrowisku. Ale niestety niewiele z niego widziałam - lał deszcz i było + 7 stopni . Dobrze, że miałam jakieś ciepłe wdzianka. W hotelu Simader grzali.
Rano pojechałam kilka kilometrów dalej, do Bockstein, gdzie droga się kończy. 20 minut po każdej pełnej godzinie rusza stąd czerwony pociąg przewożący samochody pod masywem górskim.


Zapłaciłam 14 €, samochód ustawiłam w specjalnym wagonie, sama wsiadłam do wagonu osobowego i za około kwadrans byłam już w Mallnitz, w Karyntii. Tam już wyglądało skromniej, nie widać było malowanych domów, kwiatowych kaskad, ale soczyste łąki, świerkowe lasy i piękne góry.
Za kilkadziesiąt kilometrów, na passo Monte Croce Carnico (Plockenpass), 1360 m n.p.m., zaczyna się Italia. Carnico, to po włosku Karyntia. I już wszystko było ładniejsze - niesamowite tornante nad przepaściami, kamienne domy pokryte łupkową dachówką i Dolomity w całej swojej krasie. Gdzie się nie spojrzy tam piękne ujęcie.

sobota, 4 października 2014

Włoskie zakupy ciąg dalszy


       Zaczęłam pisać o zakupach czynionych we Włoszech i udało się tylko o butach. Włoskie buty są na całym świecie uznawane za najładniejsze, najmodniejsze. I słusznie, bo one wyznaczają światowe trendy. Na dodatek są wygodne, czego o wielu innych (nawet równie ładnych) nie da się powiedzieć. Nie stać mnie na zakupy tych najlepszych, więc bez żalu patrzę na wystawy butików z obuwiem. Nie ma przy nich cen, to znak, że są one bardzo wysokie.
W słynnej mediolańskiej galerii Vittorio Emanuelle II, tuż obok duomo, są sklepy wszystkich znanych marek. Cen oczywiście się nie wystawia, ale wiadomo, że są zawrotne, tymbardziej że wszystko jest z najnowszych kolekcji. Warto się tu przejść ze względu na atmosferę, zawsze coś się dzieje, jakieś modowe zdjęcia, pokazy. Oglądając wystawy można poznać najnowsze trendy w modzie, żeby wiedzieć czego szukać w zwyczajniejszych sklepach. Idąc od Piazza del Duomo (z białą, koronkową katedrą) po drugiej stronie galerii wychodzi się na plac, przy którym stoi La Scala.
Tutaj zawsze jest tłum, to serce mody - Mediolan  

W popularnych, tańszych sklepach z calzature (to bardzo potrzebne słowo, podobnie scarpe) najwięcej jest butów z tworzyw sztucznych. I są bardzo często śliczne i niezwykle udatnie potrafią udawać skórę. Dlatego trzeba bardzo dokładnie sprawdzać opis pantofla. Napis vera pelle (prawdziwa skóra) na wkładce wewnątrz buta nie odnosi się do całości, ale jedynie do samej wkładki. Pantofel, który kosztuje poniżej 30 euro nie ma prawa być skórzany, co najwyżej wewnętrzna wkładka może być ze skóry. Chyba że jest wielka przecena, wtedy można trafić na świetne okazje, szczególnie jeżeli ma się rozmiar 37 lub 40. Gorzej z tymi najbardziej popularnymi 38 i 39. W tym roku, żeby kupić w Boscaini Scarpe wygodne sandałki z wielokolorowych pasków skóry w moim rozmiarze musiałam jechać do następnego sklepu (z Villafranca di Verona do Sony, kilkanaście kilometrów). Ale warto było, bo z nich nie wychodziłam podczas naszego sycylijskiego lata.
Jak zobaczycie taki sklep to warto doń wstąpić
Ciuchy kupuję przede wszystkim w Oviesse. Tej sieci nie ma w Polsce, choć ciągle jest zapowiadana. Poza Włochami sklepy Oviesse są w Hiszpanii, Grecji, w krajach bałkańskich. Nawet w Bułgarii jest ich 5. Są w Arabii Saudyjskiej, Jemenie i Emiratach Arabskich, w Peru i w Rosji (18). We Włoszech jest ich 618 i ciągle są otwierane nowe. Zawsze idę tam pobuszować. Wszystkie piżamy mam z Oviesse, można je sobie dowolnie kompletować, bo spodnie i bluzki często sprzedawane są oddzielnie. Najgorzej dla mojego portfela jest jeżeli pójdę do działu dziecięcego. Nie mogę się oprzeć, żeby nie kupić czegoś moim wnukom. Ubrania dla dzieci są śliczne, niestety na ogół dość drogie. Jednak zawsze jest mnóstwo przecen, więc można wyszukać rzeczy w dobrej cenie. Zresztą to moja dewiza – kupuj na promocjach. Nie mam potrzeby kupowania czegokolwiek, bo szafy się nie zamykają, ale z Oviesse raczej nie wychodzę bez zakupów. Zawsze wypisuję sobie adresy sklepów na trasie, czasami nawet sprawdzam w google maps czy będzie prosty dojazd. W większości centrów handlowych można spotkać Oviesse. Gdy wchodzi się do sklepu trzeba ze stojaka wziąć dużą szmacianą czarną torbę na długich rączkach i pakować do niej ciuchy warte przymierzenia. To bardzo ułatwia wybieranie. Torba na podłogę, ręce wolne i swobodnie można przeglądać kolejne wieszaki i stosy. W innych sieciówkach jakoś na ten praktyczny sposób nie wpadli.
W Trentino działa sieć sklepów Sorelle Ramonda. Pod jednym dachem ciuchy różnych lepszych marek – Trussardi, Gucci itp. Nowych kolekcji nawet nie oglądam, bo ceny są z kosmosu (dla mnie), ale za to używanie mam na przecenach. Są zawsze i zawsze można coś ciekawego znaleźć za dobrą cenę. Trzeba mieć sporo czasu, żeby wszystko przejrzeć, ale warto.
W mniejszych miejscowościach należy przejść się po butikach, bo można trafić bardzo oryginalne rzeczy w umiarkowanej cenie. W maju w miasteczku Atripalda, koło Benevento, kupiłam kilka fajnych bluzek, właśnie w takim maleńkim butiku. A we wrześniu w Rovereto wszystko w butiku było po 5 euro, a były to naprawdę fajne rzeczy. I jak tu się oprzeć i nie kupić czerwonej bluzki z torebką?
W dużych centrach handlowych (centro commerciale) są te same sklepy co u nas, ale nie tylko. Więc lepiej odpuścić sobie Zarę czy Camaieu a zajrzeć do innych. W sklepach Zuiki można wynaleźć zupełnie fajne ciuchy, takie bardziej luzackie. Można też wejść do Baty, bo we Włoszech są tam zupełnie inne buty niż u nas.
    Niektórzy lubią zakupy w outletach. Jest ich w Italii całe mnóstwo. Coraz częściej powstają takie minimiasteczka outletowe. Jakoś nie mam do nich przekonania. Jedyny outlet który lubię to Stock Family w Nicosii na Sycylii. Nicosia to ładne miasteczko na zachód od Etny. Tuż za miastem jest outlet, w którym kupiłam mnóstwo świetnych ciuchów i butów. Nie byłam już tam ze cztery lata, więc może byłoby warto zajrzeć podczas mojego październikowego pobytu na Sycylii. „Czy coś Ci jest potrzebne?” spyta oczywiście kpiąco moja córka, która zna zawartość moich szaf. I pewno nie pojadę. Staram się brać z niej przykład i podchodzić do zakupów bardziej racjonalnie, ale nie zawsze to się udaje. Chociaż podczas ostatniego pobytu w sklepie Sorelle Ramonda w Trento odwiesiłam z powrotem trzy bardzo atrakcyjne rzeczy...

Kosztowały po 20- 25 € a są  oryginalne (Stock Family, Nicosia)        

Warto pójść do magazynu Upim. Niestety nie ma ich zbyt dużo, ale kilka znam i chętnie do nich wracam. Jest trochę w stylu C&A, solidne rzeczy, bez ekstrawagancji, duży wybór dla pań o bardziej obfitych kształtach. W Oviesse też jest dział dla puszystych. Taglie comode – to właśnie dla posiadających pewien nadmiar ciała. I bywają tam bardzo ładne rzeczy, które chętnie bym sobie kupiła. Na szczęście mojego rozmiaru nie ma w tym dziale.
Rzadko kupuję we Włoszech bieliznę, szczególnie biustonosze (regiseno). To ze względu na numerację. 1, 2, 3 ,4 ,5 i nawet dalej. Taka numeracja była u nas kiedyś. Dla typowych z miseczką B. Czasami można zobaczyć jakiś stanik z miską C, a z D to już biały kruk. Jedynie w Upimie można coś trafić na bardziej okazały biust (ale poniżej 80 cm obwodu pod biustem). Na szczęście akurat w Polsce nie ma problemu z dobraniem i kupieniem dobrej bielizny.
Jak ktoś lubi targi, to we Włoszech jest tego obfitość. W Palermo w każdy dzień tygodnia jest w jakiejś dzielnicy mercato. Ulice są zastawione straganami, poczynając od owoców i warzyw, a na dywanach kończąc. Od rana do południa ulice żyją handlem, sprzedawcy nawołują klientów. Tu ci ktoś podtyka pod nos pęczek aromatycznej bazylii, tam warkocz czosnku, zimny napój, coś dobrego do zjedzenia, na cały regulator lecą przeboje z płyt podróbek, tłum kłębi się w przejściach. Lepiej trzymać dobrze torebkę, najlepiej z przodu. Sporo jest ciuchów i jakby się miało czas, to na pewno by coś atrakcyjnego znalazło. Ale na ogół czasu brakuje. Raz tylko na jakimś targu w małym miasteczku kupiłyśmy sobie po parze wygodnych spodni z cieniutkiej bawełny. I świetnie służą w upały. Na ogół idę na targ po jakieś miejscowe specjały, albo drobiazgi do domu.
W zasadzie w każdej miejscowości w jakiś dzień w tygodniu odbywa się targ. Spotykałam na nich też Polaków jeżdżących z towarem dostawczym samochodem. Nie był to ich towar, oni zajmowali się tylko obwoźnym sprzedawaniem.
Trzeba uważać, żeby nie zostawić na noc samochodu na ulicy, na której nazajutrz ma być targ, bo raniutko go wywiozą i będzie przykra niespodzianka. We wrześniu w Gubbio musiałam zaparkować daleko od hotelu, a rano nie mogłam przyjechać po bagaże, bo mercato zajęło wszystkie uliczki i plac. Na szczęście właścicielka mogła korzystać z samochodu nawet w czasie targu i odwiozła mnie bardzo skomplikowaną drogą. Teraz już będę sprawdzała czy nie grozi mi oblężenie przez mercato.
We wrześniu miałam fart do targów, trafiałam na nie w prawie każdym miasteczku. Robienie zdjęć było bardzo utrudnione, bo stragany zakrywały zabytkowe budynki. Za to w San Quirico d'Orcia uwieczniłam oryginalną dynię. W Citta di Castello kupiłam piwo z małego umbryjskiego browaru (w butelkach takich jak wino) i przepyszny ser od producentki.
Fontanellato (Emilia-Romagna) niedzielny targ
Mercato na uliczkach San Quirico d'Orcia (Toskania)