wtorek, 29 lipca 2014

Trenino rosso


Czas to najbardziej deficytowy towar. Podaż ciągle jest mniejsza od popytu. Pół roku minęło od mojego ostatniego wpisu. A myślałam, że uda mi się w czasie majowego wyjazdu pisać na bieżąco, lub prawie na bieżąco. Jednak doba nie ma 30 godzin, więc się nie udało. Może zdołam choć trochę opisać przed następnym, wrześniowym, wyjazdem.
Jakiś czas temu podczas przeglądania hoteli w Tirano przeczytałam, że niedaleko jest przystanek Bernina Express. Musiała być to ewidentna atrakcja. I była. Gdy poczytałam na ten temat w internecie i obejrzałam zdjęcia wiedziałam, że muszę pojechać tym pociągiem.
Bernina Express, albo inaczej i ładniej Trenino Rosso to istniejąca od 125 już lat linia kolejowa między Tirano we Włoszech a Szwajcarią. Jeżdżą tam czerwone pociągi, stąd nazwa Trenino Rosso, część z nich ma wagony z panoramicznymi szybami, żeby pasażerowie mogli wygodnie oglądać atrakcje trasy.
Kupiłam przez internet bilety i miejscówki - 30 franków bilet i 14 miejscówka (w jedną stronę), 88 CHF podróż z Tirano do Saint Moritz i z powrotem. Część pociągów jedzie jeszcze dalej w głąb Szwajcarii, ale to już wyprawa na co najmniej dwa dni, z noclegiem. A noclegi w Szwajcarii są drogie. W Tirano zresztą też, że względu na bliskość Trenino Rosso. W Tirano jest jeszcze sanktuarium maryjne i w zasadzie nic więcej. Zamieszkałyśmy więc w znanym mi już hotelu Miramonti w Corteno Golgi. 25 km do Tirano, nawet górską drogą, to pół godziny. Trzeba zapłacić kilka euro za parking w pobliżu stazione, ale to i tak znacznie taniej niż nocleg w Tirano.
Wzięłyśmy nawet paszporty, bo Szwajcaria to nie UE, ale nikogo nie interesowały żadne dokumenty poza biletami. Specjalnego tłoku nie było, szczególnie w wagonach z miejscówkami. To i dobrze, bo można było bez przeszkód robić zdjęcia na obie strony.
Trasa istotnie piękna, ponad 2 godziny wspaniałych górskich widoków. Wiadukty, tunele. Słynny kolisty wiadukt w Brusio na początku trasy. Jeziora - Poschiavo, Bianco, Palu. Pociąg jedzie takimi krętymi szlakami, że jezioro Poschiavo jest bardzo długo widoczne, coraz to z innej strony. Pociąg przejeżdża przez tunel i znowu widać jezioro, po drugiej stronie pociągu. Szczęśliwie była słoneczna pogoda, a obawiałam się, że będzie pochmurno. W maju w wysokich Alpach bywa różnie, często trafiała mi się kiepska widoczność. Ale nie za 88 franków szwajcarskich.

Kolisty wiadukt w Brusio

Lago Poschiavo z bliska

I z daleka...
 Pociąg pnie się pracowicie w górę. Wyruszyliśmy z zielonej , ukwieconej doliny a po godzinie już w śniegu. Lago Bianco zasypane śniegiem, woda pojawia się czasami, znak, że już lód zaczyna puszczać i może w środku lata będzie widać całe jezioro. Trenino wjeżdża na wysokość  2256 m n.p.m, na przełęcz Bernina, gdzie znajduje się stacja Ospizio Bernina. Zatopiona w śniegu. Jest tam hotel, ale trochę za drogi, żeby robić sobie przerwę w podróży. Zresztą śniegu nie jestem spragniona.

Lago Bianco

Lago Palu

Ospizio Bernina    


W Saint Moritz byłam przejazdem ze dwa razy, też w maju. Zimno, śnieg, lód na jeziorze. Teraz lodu na jeziorze nie było, świeciło piękne słońce, ale było zimno. Kurtki i szale bardzo się przydały podczas prawie 3-godzinnego spaceru pomiędzy przyjazdem a powrotem. Kultowy w latach 60. górski kurort nie powala. Ładne położenie nad jeziorem, rwąca rzeka , trochę starych, więc ładnych, budynków. Ale większość zabudowy to wysokie, nowczesne "bloki" jak na naszych osiedlach z lat 70. No i upiorna drożyzna. Musiałyśmy wypić kawę. Znalazłyśmy włoską, ale cena była zupełnie nie włoska - ponad 3 euro za espresso. I to wcale nie w Grand Hotel Kempiński (jeden z ładniejszych budynków).
Najbardziej podobał nam się podziemny parking. Tuż obok miejsc dla inwalidów specjalne, szersze miejsca dla kobiet. Żałowałam, że nie przyjechałam samochodem. Nie wiem czy zakwalifikować to do męskiego szowinizmu, czy do dbałości o wygodę pań mających na ogół problemy z parkowaniem na ciasnych parkingach. Skłaniam się do tego drugiego, bo nieraz klnę na ciasnotę parkingów.

Dla wygody pań


                                       
 Po powrocie do Tirano lepiej od razu nie telefonować, albo przynajmniej sprawdzić czy usługę zapewnia włoski operator. Sięgają tutaj sieci szwajcarskie, które są bardzo drogie. Trochę się zdziwiłam, gdy zobaczyłam za ile pogadałam sobie z siostrą.



sobota, 1 lutego 2014

Sicilia mia

Za oknem wiatr sypie zaspy, a ja myślami i planami już we Włoszech. Inaczej trudno byłoby wytrzymać w śniegowym więzieniu. Wczoraj wróciłam z Warszawy, ale moja podróż skończyła się 300 m od domu – droga była kompletnie zawiana ciężkim śniegiem. Czekałam 3 godziny u sąsiadów zanim odkopano dojazd. Musiała przyjechać większa maszyna. Dzisiaj droga znowu jest zawiana, jeszcze bardziej niż wczoraj. Ale mam zapasy jedzenia na długo, więc spokojnie przesiedzę do odwilży. Słyszę, że dalej wieje. Wymyśliłam, iż najlepszym rozwiązaniem byłby czołg z demobilu, albo przynajmniej scott. Można je kupić, ale niestety za drogo, żadna oferta nie była na moje możliwości. Rozpatruję jeszcze UAZ-a z napędem na 4 koła za 5,5 – 7 tys. zł. To nawet po polu pojedzie, bo pola wiatr oczyścił i cały śnieg przeniósł na moją drogę.
Gdybym była o 10 lat młodsza, to bym przeniosła się na południe Włoch. Nienawidzę zimy. Coraz bardziej. Czytam „Sycylijski mrok” gdzie autor ze szczegółami opisuje powiązania mafii z polityką, ale nie zmniejsza to mojego zakochania w Italii. Sycylia to teraz ojczyzna mojej córki, więc staram się poznać wyspę jak najlepiej. Podczas mojego ostatniego październikowego pobytu pojechałyśmy w sycylijski interior. Najpierw kupowałyśmy ceramikę w Santo Stefano di Camastra. Na Sycylii są trzy najważniejsze ośrodki produkujące ceramikę – Caltagirone, właśnie Santo Stefano di Camastra i Sciacca.
 Położone nad morzem na północnym wybrzeżu Santo Stefano di Camastra to ciąg sklepów z piękną ceramiką. Z ceramiki jest wszystko, nawet ławki, zlewy, miski, stoły, lampy, ściany.
Chciałabym mieć stół z ceramicznym blatem. Trochę daleko go wieźć, ale byłoby to możliwe. Dobrze zapakować i przykleić taśmą do oparcia tylnego siedzenia. Jak pięknie by wyglądał na tarasie.
Natomiast raczej nie chciałabym mieć charakterystycznych donic – głów. Taki czerep to trochę makabryczne. Wyraziste oczy, usta, nos, uszy, a góra głowy ścięta i wyrastają z niej kwiatki.     
 Jak patrzę na te zdjęcia, to zaczyna mi się wydawać, że może jednak ładnie by wyglądały przy białych kolumnach mojego ganku. Tylko musiałabym znaleźć jakieś pogodne twarzyczki. Lub może groźne, żeby odstraszały intruzów.
Kupiłyśmy kilka półmisków i talerzy do zdjęć sycylijskich potraw, jakie robi moja córka. Kilka przepisów sobie przyswoiłam i przygotowuję czasami. Pychota. Jak na przykład makaron z borragine, czyli z ogórecznikiem. Ogórecznik przywiozłam z mojego ogrodu. Wyszło naprawdę smaczne. Na wiosnę znowu zasieję ogórecznik, bo zebrałam nasiona i czekają.
Makaron z borragine
 Z Santo Stefano pojechałyśmy w głąb wyspy. Z nadmorskiej Settentrionale Sicula czyli SS 113 , przed Finale skręciłyśmy w SP (Strada provinciale) 52. Po prawej stronie wysoko na górze widać Pollinę. Muszę tam pojechać, bo uwielbiam takie wysoko położone miasteczka. Jednak moja córka nie przepada za serpentynami, więc wybrałyśmy inną drogę. To że nieco kręta to nic, tutaj wszystkie drogi takie. Ale w pewnym momencie rośliny przerosły asfalt. Widok zaskakujący, ale tutaj dość częsty. 


Droga zrobiła się bardzo zniszczona – pęknięcia jezdni, zagłębienia, brak asfaltu, ogromne wyboje. Wolniutko i zygzakiem. Myślę, że to wynik działania wody, która bywa tutaj albo nieobecna (latem), albo w ogromnych ilościach (zimą). Zimą również jest tu śnieg, przecież to góry – Madonie, gdzie można nawet jeździć na nartach. Mogły być też jakieś ruchy ziemi. Terremoto to na Sycylii nic dziwnego.

Po drodze San Mauro Castelverde. Piękne górskie widoki, z rzadka jakieś zabudowania, pasące się bydło, znikomy ruch.
I tak aż do Gangi. Przy równoległej drodze jest śliczne Castelbuono, gdzie jeździ się po wyroby Fiasconaro – najlepsze torroncini, skórkę pomarańczową w czekoladzie i panettone (najlepsze to z manną). Ale w Castelbuono bywamy bardzo często, więc teraz inna droga.
Gangi leży na czubku wzgórza i jest to bardzo fotogeniczny widok. W środku miasteczka nigdy nie byłam. Jest jakaś stara wieża, konwent, wąskie uliczki i piękne widoki na okolicę z tarasowo położonych ulic.
My jechałyśmy dalej, do Bompietro, gdzie znajduje się wytwórnia serów, podobno świetnych. Ale nikt nie odpowiadał od dawna na telefon, a strona www. była nieaktywna. Pojechałyśmy więc sprawdzić. Skoro byłyśmy niedaleko. Znalazłyśmy serowarnię już poza miasteczkiem. Zamknięta na głucho, ale na jej terenie parkowały samochody, więc chyba coś tu się dzieje. Na dzwonek przy bramie nikt jednak nie reagował. Stojący opodal patrol policji nie był stąd, więc nie wiedzieli czy jest kiedykolwiek czynne. Ale powiedzieli, że wjeżdżał tam niedawno samochód.
Z serów więc nici. Zaglądałyśmy do sklepów po drodze, ale też nic nie było. Szukając sklepu z serami wjechałyśmy do Almeny. Małe miasteczko, przedwieczorna pora, mężczyźni w barze i przed barem, oczy z zaciekawieniem śledzące obcy samochód na obcej rejestracji. Zaraz mi się skojarzyło inne miasteczko, do którego trafiłyśmy wieczorem jadąc na skróty z Corleone do Palermo. Wtedy już był wieczór, za chwilę pora kolacji, centralny placyk wypełniony rozmawiającymi, palącymi papierosy mężczyznami w ciemnych ubraniach. Ani jednej kobiety, oprócz staruszki która właśnie wyszła z kościoła i przemykała bokiem do domu. Kobiety w kuchniach, z których dobiegały smakowite zapachy. Tak wygląda interior Sycylii. Nie pamiętam nazwy tamtego miasteczka, ale będę zawsze pamiętać tę atmosferę.

Po południu w Almenie
Ostatniego dnia na Sycylii, 29 października, termometr wskazywał 29 stopni. Pełnia lata. Na październikowej pogodzie jeszcze się nie zawiodłam. Aż tak gorąco to na ogół nie było, ale tak 25-26 stopni, więc w sam raz dla człowieka z północy.
W ten upalny dzień ruszyłyśmy drogą SS 624 w kierunku Sciacci, ale tam nie dojechałyśmy. Skręciłyśmy na wschód drogą 188 nad Lago Arancio a później do Sambuca di Sicilia. Miasteczko oczywiście na górze, główna ulica wspina się dość stromo, każda z odchodzących w bok kończy się górskim krajobrazem.
               
Leniwa atmosfera sjesty, bo dojechałyśmy tam w południe. Domy z miękkiego piaskowca powyszczerbianego przez czas. A na domach piękne balkony z ozdobnymi podporami. Prawie jak w Noto. Tamte balkony ogląda każdy kto zwiedza Sycylię, o tych w Sambuca nikt pewno nie słyszał. Mieszkańcy też ich nie zauważają, bo są tu od zawsze, tak jak stare domy. Mężczyźni stojący przed barem wyrażali zdziwienie, co ja uwieczniam na zdjęciach. Ale sprawiło im widoczną przyjemność, gdy powiedziałam, że to jest piękne.
 Salita (czyli wspinaczka, słowo częste w całych Włoszech) zakończyła się na ogromnym tarasie widokowym, na którego środku stoją starożytne kolumny. Piękne miejsce – rozległy widok na całą okolicę, aż po nieodległe góry. Warto tu przyjechać.
Później dalej na wschód drogą 188 w kierunku Chiusa Sclafani. Po drodze wysoko na górze Giuliana, ale nie tym razem. Choć zawsze mam ochotę wjechać do takiego miasteczka na górze. Pomimo, że nieraz miałam dość ekstremalne przeżycia.
Naszym celem było Palazzo Adriano. Droga kręta, malownicza, górskie krajobrazy w kolorach ziemi. Na wiosnę jest tu zielono i bardziej kolorowo, ale pod koniec jesieni, po upalnym suchym lecie, wszystko już zaschło. Winnice już po zbiorach, z żółknącymi liśćmi.
 W Palazzo Adriano, a raczej w jego okolicy, miałyśmy do obejrzenia agriturismo i oczywiście sery. Agriturismo Casale Borgia, okazało się bardzo przyjemnym miejscem. Specjalizuje się w kuchni albańskiej, na tym terenie mieszka dużo ludności pochodzenia albańskiego. Ale nie była to pora na posiłek, więc nic nie zjadłyśmy. Właścicielka oprowadziła nas wszędzie. Poznałyśmy też miejscową oślicę, stanowiącą niewątpliwą atrakcję dla gości, bo można na niej zrobić sobie wycieczkę. Na pytanie o imię zwierzęcia signora oświadczyła – oczywiście Lukrecja.
                                                                                                                                Palermitańskie rodziny lubią w weekend pojechać przynajmniej na obiad do pobliskiego agriturismo, albo restauracji w małym miasteczku. Trochę ruchu, trochę przyrody i najczęściej smaczne oraz obfite jedzenie. Moja córka z mężem na ogół wybiera się w miejsce gdzie można również przyjemnie przenocować. Dwa tygodnie później byli w Palazzo Adriano i wrócili bardzo zadowoleni.
Z serami było gorzej. Wąską górską drogą, a raczej dróżką na jeden samochód, dojechałyśmy do Azienda Amato sprzedającej sery pod ładną nazwą „Le Vie dei Formaggi”. Pasły się stada owiec, dostarczycielek mleka na ser, ale budynek był zamknięty i pomimo głośnego szczekania psów nikt nawet nie wyjrzał. Te psy nas przede wszystkim odstraszyły, wolałyśmy nie wychodzić z samochodu. Asfalt dawno się skończył a droga właśnie dobiegała końca, jechanie dalej groziło uszkodzeniem zawieszenia.
Samo Palazzo Adriano to urokliwe średniowieczne miasteczko na wzgórzu. Góruje nad nim zamek z epoki Burbonów. Duży plac (ten od Cinema Paradiso) z piękną fontanną z 1600 r , dookoła najważniejsze budynki - kościoły i municipio. Wszystko z jasnego kamienia.
Parę wąskich uliczek, którymi w cieniu można pospacerować. Obskurny bar, w którym dają wyborne espresso za 70 centów. To cena spotykana tylko na głębokiej prowincji. Standardem jest 1 euro, a na północy jeszcze więcej. W Palazzo Adriano (filmowym Giancaldo) kręcono w 1988 r nagrodzony wieloma nagrodami (również Oscarem) film Giuseppe Tornatore – Cinema Paradiso. W budynku municipio jest niewielkie muzeum a w nim zbiór fotografii „Nuovo Cinema Paradiso”. Odbywają się też różne imprezy i spotkania branży filmowej, jak chociażby grudniowa „La Piazza e Mia”.
Poza Palazzo Adriano jeszcze kilka innych sycylijskich miast było tłem filmowym – Bagheria, Castelbuono, Lascari, Chiusa Sclafani, Santa Flavia, San Nicola L'Arena, Termini Imerese, Cefalu.      
Później przez położone, jak tu większość, na wzgórzu Prizzi dojechałyśmy do SS 189 łączącej Agrigento z Palermo. To już bardzo cywilizowana szeroka droga. Ale ja najbardziej lubię te boczne, nawet mocno wyboiste, na których nie można za bardzo przyspieszyć, ale za to można napaść oczy krajobrazami.

wtorek, 7 stycznia 2014

Trasa przełęczy - Rolle, Pordoi,Campolongo,Gardena



Wjazd na Passo dello Stelvio, po raz trzeci
Moja fascynacja przełęczami zaczęła się od Passo dello Stelvio. Gdy jechałam przez nią po raz pierwszy pogoda była ładna, więc zauroczyły mnie te widoki.
W atlasie Alp jest spis przełęczy z podaniem wysokości, stromości podjazdu, okresu kiedy jest przejezdna, informacją czy przejazd jest płatny. Niektóre można przejechać tunelem lub pociągiem (Furka i Simplon w Szwajcarii, Tauern w Austrii). Bardzo bym chciała przejechać się takim pociągiem. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to upiornie drogie. W przyszłym roku pasowałoby mi przejechać przez Tauern. Przejazd tunelem a w zasadzie dwoma (Katschberg i Tauern) na autostradzie A10 kosztuje 10 euro. W sumie 18 € , bo pewno trzeba mieć też winietę, co najmniej za 8 €.
Przed laty jechałam w Szwajcarii, w drodze z Zurychu do Lugano, tunelem St.Gothard, prowadzącym pod przełęczą o tej samej nazwie. Ma 16,9 km i był wtedy najdłuższy w Europie. Teraz w dalszym ciągu jest najdłuższy w Alpach, tunel pod Mont Blanc ma tylko 11,5 km a Frejus 12,9 km. Natomiast najdłuższy tunel drogowy nie tylko w Europie, ale i na świecie, to ukończony w 2000 r norweski Jaerdal liczący sobie 24,5 km. Tunele kolejowe bywają znacznie dłuższe (Lotschberg w Szwajcarii – 34,6 km). Zeszłam do podziemi. Na pewno dzięki tunelom jedzie się przez góry szybciej, ale największą frajdą jest jechać po wierzchu i widzieć to całe piękno. Oglądanie widoków nie kłóci mi się z prowadzeniem samochodu, często tylko ubolewam, że nie mogę zrobić najlepszego zdjęcia, bo wąsko i nie mogę się zatrzymać, ponieważ ktoś za mną jedzie i się wkurza, że nie pędzę.
Jeżeli w górach ktoś jedzie mi na ogonie, to przy najbliższym poszerzeniu jezdni zjeżdżam na bok i puszczam go przodem. Najczęściej jest to miejscowy. Nie wie co traci tak się spiesząc. Ale rozumiem, że ma to na co dzień, więc w zasadzie nie dostrzega. Jak powietrze.
Ostatni dzień na przełęczach podczas mojego wrześniowego wyjazdu był mniej udany ze względu na deszczową pogodę. Jeszcze dzień wcześniej świeciło piękne słońce, więc mogłam podziwiać w całej krasie Pale San Martino w pobliżu San Martino di Castrozza. Widziałam je tylko z drogi, bo nie było czasu, żeby zapuszczać się gdzieś na boki, ale i tak widoki były piękne.

Pale di San Martino

San Martino di Castrozza

Samo San Martino di Castrozza też warte uwagi, krótkiego nawet spaceru. Musi być tam fajnie w śniegu. Wjazd na Passo Rolle niezbyt męczący, malownicze serpentyny. To tylko 1984 m npm. Niebo ozdobiły chmury, ale ciągle było słonecznie, choć na przełęczy temperatura spadła do 10 stopni.
Wjazd na Passo Rolle
 Po drodze zajrzałam do Predazzo. Nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie ,że jest większe. Straszna dziura a obok dwie skocznie, na których brylował nasz Stoch. Zatrzymałam się na placyku, niedaleko kościoła, wyjrzałam za róg i doszłam do wniosku, że to jeszcze nie centro. Wsiadłam więc z powrotem do samochodu i pojechałam dalej ulicą wyglądająca na główną. Niedługo miasteczko się skończyło. Jednak ten plac i kościół to było centrum.
Predazzo
Jeszcze w słońcu  pochodziłam po Moenie. To niezwykle urokliwe miasteczko, żałowałam, że nie w nim zatrzymam się na nocleg. Tu Val di Fiemme przechodzi w Val di Fassa. Przez przełęcz San Pellegrino można pojechać w kierunku Belluno i Wenecji. Miejscowość niewielka, strome uliczki, urocze kolorowe domy, mnóstwo kwiatów, rzeka Avissio wartko płynąca po kamieniach. Moena jest oficjalnie zwana Perłą Dolomitów, jest jedną z 24 Alpine Pearls - najładniejszych górskich miast Europy. Mam nadzieję, że uda mi się tu wrócić, tym bardziej, że nie kupiłam Puzzone di Moena, słynnego miejscowego sera.

                                                     Moena
Ale hotele w Moenie są droższe, więc wybrałam pobliskie Pozzo di Fassa. Też niebrzydkie, ale zaskoczyło mnie to, że znalazłam tam tylko 2 restauracje, które na dodatek nie miały w menu nic co chciałabym zjeść. Jeszcze w takiej sytuacji we Włoszech się nie znalazłam. Kupiłam więc w sklepie parę plasterków miejscowego specku, jakieś pieczywo i pochłonęłam patrząc przez okno na góry w zachodzącym słońcu. Tutejszy speck nie ma sobie równych, krojony w prawie przejrzyste plasterki smakuje wybornie. Ten który dojrzewa długo jest dość twardy, więc lepiej kupować fachowo pokrojony, bo zbyt grube plastry nie dadzą się pogryźć.
W tym rejonie są również świetne sery. Wybrałam się w poszukiwaniu wyrobów Luch da Pcei z San Cassiano. Niestety było już po sezonie, więc nie udało się nic kupić. Na pociechę w drodze powrotnej kupiłam trochę serów w mleczarni Mila na obrzeżach Bolzano przy wjeździe SS 12 od północy. Są naprawdę świetne, szczególnie wart uwagi jest Ortles. Pakują sotto vuoto czyli próżniowo, więc nie ma problemu z dowiezieniem do kraju, gdzie czekają moje serowe łasuchy.
Gdy następnego dnia ruszyłam w stronę Passo Pordoi (2239 m npm) jeszcze przebłyskiwało słońce. Ale gdy wyjrzałam na drugą stronę przełęczy, spod baru do którego wstąpiłam na kawę, to zobaczyłam wielką chmurę leżącą na ziemi. Serpentyny drogi niknęły w niej.

Droga w chmurę - Passo Pordoi
Bez specjalnych więc widoków sturlałam się do Arabby, a stamtąd krętą, niezbyt uczęszczaną drogą, przez Passo di Campolongo (1875 m npm) dotarłam do Corvara in Badia gdzie spadły pierwsze krople deszczu. I potem już było tylko gorzej. Chmury siadły na górach, zrobiło się ponuro kiedy jechałam na Passo Gardena (2121 m npm). Pomimo to Dolomity sprawiały ogromne wrażenie. Będę musiała przejechać tę drogę jeszcze raz w słońcu.

Zjazd z przełęczy Gardena

Po drodze trafiłam na słodki obrazek - wewnątrz serpentyny (tej na zdjęciu) odpoczywało stado krów powoli przeżuwając alpejską trawę. Jedna z nich smacznie spała z łbem ułożonym na udzie sąsiadki.
Chciałam pospacerować jeszcze po dwóch miasteczkach – Selva di Val Gardena i Santa Cristina Valgardena. Niestety deszcz padał coraz bardziej, więc mogłam tylko trochę pokrążyć samochodem i popatrzeć przez zalane wodą szyby. Warto tu wrócić w lepszą pogodę, żeby spokojnie pochodzić malowniczymi uliczkami.
Myślałam, że dzień skończę w strugach deszczu, jednak nie przejechałam chyba więcej niż 30 km a deszcz ustąpił słońcu – w Bolzano było już 27 stopni, podczas gdy na Gardenie około 11.









poniedziałek, 7 października 2013

Trasa przełęczy - Tonale, Campo Carlo Magno

Muszę dokończyć opis trasy wokół Adamello (3554 m). Miasteczko Corteno Golgi, w którym nocowałam jest niewielkie, tak na 40 minut spaceru. Największą atrakcją jest to, iż urodził się tutaj laureat nagrody Nobla Camillo Golgi, lekarz patolog. Wtedy, w 1843 r miasteczko nazywało się tylko Corteno. Dopiero w 1956 r  dodano do nazwy Golgi, oczywiście na cześć noblisty.

Alpe Strencia


Na podwórzu domu rodzinnego noblisty
Mieszkałam w sympatycznym hotelu Miramonti, za oknem szumiała rzeczka, dookoła góry. Na kolację casoncelli con burro e salvia, były wyśmienite. To rodzaj ravioli w kształcie prostokąta. Przypuszczam, że były ugotowane wcześniej i podgrzane w mikrofalówce, co nie powinno mieć miejsca, ale i tak były pyszne, więc nie wyraziłam dezaprobaty dla takich praktyk. Casoncelli są typowe dla Lombardii, a szczególnie dla rejonu Brescii i Bergamo. Moje były nadziane ricottą, szpinakiem i ziemniakami, ale można je napełniać przeróżnymi farszami.
Wszystkie włoskie ravioli są bardzo smaczne. Ale najbardziej utkwiły mi w pamięci te które jadłam w Bari - nazywały się violente a były nadziane ziemniakami z lawendą i polane sosem z dyni. Jadłam je ze 4 lata temu , ale do tej pory pamiętam ich smak.
Z Coreteno Golgi, przez Edolo pojechałam w kierunku Passo del Tonale. Po drodze ładne miasteczko Ponte di Legno. Cały czas towarzyszyła mi kolejka linowa. Wagoniki śmigały nisko nad szosą, bardzo często wzdłuż drogi, tak jakby pełniły rolę komunikacji autobusowej. Kursowały we wszystkie strony.
Jechałam już kiedyś tą trasą, tyle, że w odwrotnym kierunku. I nie pamiętałam, że na przełęczy jest ładne miasteczko. Oczywiście same pensjonaty, hotele, bo wokół raj dla narciarzy. Piękne słońce jeszcze dodawało uroku krajobrazowi.

Passo di Tonale
Po drodze zajrzałam do Osany, nad którą górują dość dobrze zachowane ruiny zamku. Maleńkie ukwiecone miasteczko z kilkoma wąskimi uliczkami. Chwila na odpoczynek w trasie.

Osana
To Val Vermiglio, a zaraz za nią Val di Sole, dobrze znana narciarzom. Na początku Val di Sole, w Dimaro skręciłam na południe w kierunku Tione di Trento. Majestatyczne lasy. Po drodze przełęcz i narciarska miejscowość Campo Carlo Magno (tylko 1682 m n.p.m) i zaraz za nią śliczna Madonna di Campiglio. 

Ukwiecony hotel Catturani na Passo Carlo Magno


Madonna di Campiglio
Gdybym jeździła na nartach, to chciałabym tu spędzić parę dni. Byłam w wielu miejscowościach narciarskich, ale Madonna najbardziej przypadła mi do gustu. Podczas spaceru po mieście trafilam na polski ślad - plakat z Tour de Pologne. 27 lipca etap wyścigu kończył się właśnie w Madonna di Campiglio. Czesław Lang ciągle jest jedną nogą we Włoszech. Mieszkał wiele lat nad Gardą i wcale mu się nie dziwię, że lubi tu wracać, nawet z całym swoim wyścigiem.
Takie widoki nie pozwalają szybko opuszczać tej okolicy. Na szczęście przy drodze jest dużo miejsc do zatrzymania i spokojnego napawania się pięknem alpejskiego krajobrazu. Taki obrzydliwy landszaft. Gdy przeglądam zdjęcia wracam tam jeszcze raz i prawie czuję zapach rozgrzanej słońcem górskiej łąki.

środa, 2 października 2013

Trasa przełęczy - Rombo, Croce Domini

Próbuję policzyć przełęcze jakie przejechałam podczas ostatniego wyjazdu. Najwyższe było niewątpliwie Passo Rombo ( w niemieckojęzycznej wersji Timmelsjoch) - 2509 m n.p.m. Mam kilka atlasów i w każdym z nich podana jest inna wysokość, niższa od prawdziwej. Ale w atlasie Alp i na samej przełęczy jest 2509 m, więc to obowiązuje. Przełęcz jest przejezdna od maja do października, potem zasypana śniegiem. Na dodatek nie można na nią wjechać w nocy - od 20:00 do 7:00 jest zamknięta.
Sporo jest w Alpach takich przełęczy dostępnych dla samochodu jedynie latem. W zasadzie tylko w lipcu i sierpniu można być pewnym, że na tablicy zapowiadającej przełęcz będzie napisane aperto, open itp zależnie od kraju. Trzeba to przed wyjazdem dokładnie sprawdzić, żeby nie narażać się na objazdy. Raz tylko znalazłam się w takiej sytuacji - Stelvio było zamknięte pod koniec maja i nad Como musiałam jechać przez Szwajcarię. Drogą bardzo piękną, więc  nie żałowałam.
Przełęczy kilkusetmetrowych to nawet nie liczę, na górskiej drodze jest ich mnóstwo.
Przejechałam prześliczną trasę wokół masywu Adamello. Dwa dni gór, cudnych widoków i mocnych wrażeń na wąskich odcinkach. Trasa warta polecenia. Z Vattaro przez Mattarello do Rovereto a stamtąd do Riva di Garda skąd długim tunelem do drogi 240 idącej nad Lago di Ledro. Śliczne jezioro. W zasadzie jak każde górskie jezioro. Gdy pogoda dopisze, to widoki i zdjęcia są wspaniałe.
Droga trochę kręta, ale szeroka i jedzie się świetnie. Trzeba tylko bardzo uważać na fotoradary, których jest wielka obfitość. Czasami i co 100-200 m. Ostrzeżenia, takiego jak u nas, nie zuważyłam. Na szczęście są duże i najczęściej pomarańczowe, więc dobrze je widać. Ale w tym rejonie spotkałam je również w wersji zielonej, więc bardziej wtapiają się w otoczenie. Nie wiem czy są czynne, bo jechałam obrzydliwie przepisowo. Jeżeli radar działa to na górze pulsuje mu światełko. Po ciemku widać to doskonale, jednak w dzień przy oślepiającym słońcu wszystkie wydają się martwe. Pierwszy raz spotkałam takie radarowisko. I to na bocznych drogach. na głównych jest ich niewiele. Gdy sprawdza się trasę na Via Michelin to ostatnio pojawiły się ostrzeżenia gdzie są radary. I warto sobie to zanotować, bo mandaty są wysokie.

Za Darzo skręciłam w drogę w kierunku Bagolino. Ostro wspięła się w górę. W pewnym momencie jest z niej piękny widok na Lago d'Idro. Droga zrobiła się wąska, nawet bardzo wąska, bo na jeden samochód. Z jednej strony urwisko z drugiej ściana, piękny las. I ten dreszczyk emocji - czy nadjedzie ktoś z przeciwka. Czasami są rozszerzenia, na ktorych od biedy można się zmieścić we dwójkę.  Miałam jednak szczęście. Do Bagolino trafił się jeden samochód, ale akurat było gdzie się wyminąć. W Bagolino jest ładny kościół  pod wezwaniem św.Jerzego, z krużgankami spod których można popatrzeć na dachy miasteczka położonego poniżej.
Tutaj skręca się na drogę 669 w stronę przełęczy Croce Domini - 1892 m n.p.m. Na przełęcz prowadzą dwie drogi. Miałam ochotę pojechać tą drugą - 345, jednak zwyciężył rozsądek. Droga jest przepiękna, ale 8 km przed przełęczą nie ma asfaltu. Samotna jazda górską nieutwardzoną drogą. Ekscytujące, ale nie zdecydowałam się. Droga 669 była też śliczna i w większej części normalnej szerokości.
A na dodatek , gdy zatrzymałam się na kawę w przydrożnym barze, trafiłam na sklep z miejscowymi serami.
Kupiłam wyśmienity Bagoss z Bagolino i jeszcze drugi który mi smakował, ale nazwa umknęła z pamięci. Zostało to zapakowane sotto vuoto i w lodówce czeka. Za dwa tygodnie razem z serem będę w Palermo. Moja włoska córka jest smakoszką serów. Do serów zawiozę jej też mój najnowszy wyrób - dolce-piccante. Kilka lat temu kupowałam to w Kalabrii, która słynie z ostrej papryki. Teraz diabelskie mini papryczki obrodziły na moim warzywniku i musiałam jakoś je wykorzystać. I powstał świetny sos z pomidorów, z peperoncino, czosnkiem, świeżym imbirem, dużą ilością cukru i octem balsamicznym. Wyśmienity jest właśnie do serów. Najpierw czuje się jego słodycz, a potem pojawia się ostrość peperoncino. Chyba jeszcze trochę wyprodukuję, bo amatorów jest mnóstwo. Ale wracajmy na górską drogę.
Widoki były bajeczne, góry to widokowy pewniak. Zdjęć mam mnóstwo. Można było spokojnie się zatrzymać i nadelektować urodą krajobrazu.
Droga znowu zrobiła się wąska . I wtedy zza zakrętu w górze pojawił się samochód. Niestety miejsca było zbyt mało, żebyśmy mogli koło siebie przejechać. Ale uprzejmy niemiecki turysta  wycofał się na zakręt, gdzie było trochę szerzej. Dobrze że to nie ja musiałam się cofać. Wolę jechać do przodu.
Na przełęczy Croce Domini był bar, rifugio, stado motocyklistów w czarnych skórach i stado krów w jasnych skórach pasące sie na stromym stoku. Były one dowodem na prawdziwość żartobliwego powiedzenia, że alpejskie krowy mają nogi po jednej stronie dłuższe.
Nastepnego dnia, po noclegu w miasteczku Corteno Golgi (pomiędzy Edolo a Apricą) ruszyłam na Passo di Tonale a potem do Madonna di Campiglio przez przełęcz Carlo Magno.