Google+ Followers

sobota, 1 lutego 2014

Sicilia mia

Za oknem wiatr sypie zaspy, a ja myślami i planami już we Włoszech. Inaczej trudno byłoby wytrzymać w śniegowym więzieniu. Wczoraj wróciłam z Warszawy, ale moja podróż skończyła się 300 m od domu – droga była kompletnie zawiana ciężkim śniegiem. Czekałam 3 godziny u sąsiadów zanim odkopano dojazd. Musiała przyjechać większa maszyna. Dzisiaj droga znowu jest zawiana, jeszcze bardziej niż wczoraj. Ale mam zapasy jedzenia na długo, więc spokojnie przesiedzę do odwilży. Słyszę, że dalej wieje. Wymyśliłam, iż najlepszym rozwiązaniem byłby czołg z demobilu, albo przynajmniej scott. Można je kupić, ale niestety za drogo, żadna oferta nie była na moje możliwości. Rozpatruję jeszcze UAZ-a z napędem na 4 koła za 5,5 – 7 tys. zł. To nawet po polu pojedzie, bo pola wiatr oczyścił i cały śnieg przeniósł na moją drogę.
Gdybym była o 10 lat młodsza, to bym przeniosła się na południe Włoch. Nienawidzę zimy. Coraz bardziej. Czytam „Sycylijski mrok” gdzie autor ze szczegółami opisuje powiązania mafii z polityką, ale nie zmniejsza to mojego zakochania w Italii. Sycylia to teraz ojczyzna mojej córki, więc staram się poznać wyspę jak najlepiej. Podczas mojego ostatniego październikowego pobytu pojechałyśmy w sycylijski interior. Najpierw kupowałyśmy ceramikę w Santo Stefano di Camastra. Na Sycylii są trzy najważniejsze ośrodki produkujące ceramikę – Caltagirone, właśnie Santo Stefano di Camastra i Sciacca.
 Położone nad morzem na północnym wybrzeżu Santo Stefano di Camastra to ciąg sklepów z piękną ceramiką. Z ceramiki jest wszystko, nawet ławki, zlewy, miski, stoły, lampy, ściany.
Chciałabym mieć stół z ceramicznym blatem. Trochę daleko go wieźć, ale byłoby to możliwe. Dobrze zapakować i przykleić taśmą do oparcia tylnego siedzenia. Jak pięknie by wyglądał na tarasie.
Natomiast raczej nie chciałabym mieć charakterystycznych donic – głów. Taki czerep to trochę makabryczne. Wyraziste oczy, usta, nos, uszy, a góra głowy ścięta i wyrastają z niej kwiatki.     
 Jak patrzę na te zdjęcia, to zaczyna mi się wydawać, że może jednak ładnie by wyglądały przy białych kolumnach mojego ganku. Tylko musiałabym znaleźć jakieś pogodne twarzyczki. Lub może groźne, żeby odstraszały intruzów.
Kupiłyśmy kilka półmisków i talerzy do zdjęć sycylijskich potraw, jakie robi moja córka. Kilka przepisów sobie przyswoiłam i przygotowuję czasami. Pychota. Jak na przykład makaron z borragine, czyli z ogórecznikiem. Ogórecznik przywiozłam z mojego ogrodu. Wyszło naprawdę smaczne. Na wiosnę znowu zasieję ogórecznik, bo zebrałam nasiona i czekają.
Makaron z borragine
 Z Santo Stefano pojechałyśmy w głąb wyspy. Z nadmorskiej Settentrionale Sicula czyli SS 113 , przed Finale skręciłyśmy w SP (Strada provinciale) 52. Po prawej stronie wysoko na górze widać Pollinę. Muszę tam pojechać, bo uwielbiam takie wysoko położone miasteczka. Jednak moja córka nie przepada za serpentynami, więc wybrałyśmy inną drogę. To że nieco kręta to nic, tutaj wszystkie drogi takie. Ale w pewnym momencie rośliny przerosły asfalt. Widok zaskakujący, ale tutaj dość częsty. 


Droga zrobiła się bardzo zniszczona – pęknięcia jezdni, zagłębienia, brak asfaltu, ogromne wyboje. Wolniutko i zygzakiem. Myślę, że to wynik działania wody, która bywa tutaj albo nieobecna (latem), albo w ogromnych ilościach (zimą). Zimą również jest tu śnieg, przecież to góry – Madonie, gdzie można nawet jeździć na nartach. Mogły być też jakieś ruchy ziemi. Terremoto to na Sycylii nic dziwnego.

Po drodze San Mauro Castelverde. Piękne górskie widoki, z rzadka jakieś zabudowania, pasące się bydło, znikomy ruch.
I tak aż do Gangi. Przy równoległej drodze jest śliczne Castelbuono, gdzie jeździ się po wyroby Fiasconaro – najlepsze torroncini, skórkę pomarańczową w czekoladzie i panettone (najlepsze to z manną). Ale w Castelbuono bywamy bardzo często, więc teraz inna droga.
Gangi leży na czubku wzgórza i jest to bardzo fotogeniczny widok. W środku miasteczka nigdy nie byłam. Jest jakaś stara wieża, konwent, wąskie uliczki i piękne widoki na okolicę z tarasowo położonych ulic.
My jechałyśmy dalej, do Bompietro, gdzie znajduje się wytwórnia serów, podobno świetnych. Ale nikt nie odpowiadał od dawna na telefon, a strona www. była nieaktywna. Pojechałyśmy więc sprawdzić. Skoro byłyśmy niedaleko. Znalazłyśmy serowarnię już poza miasteczkiem. Zamknięta na głucho, ale na jej terenie parkowały samochody, więc chyba coś tu się dzieje. Na dzwonek przy bramie nikt jednak nie reagował. Stojący opodal patrol policji nie był stąd, więc nie wiedzieli czy jest kiedykolwiek czynne. Ale powiedzieli, że wjeżdżał tam niedawno samochód.
Z serów więc nici. Zaglądałyśmy do sklepów po drodze, ale też nic nie było. Szukając sklepu z serami wjechałyśmy do Almeny. Małe miasteczko, przedwieczorna pora, mężczyźni w barze i przed barem, oczy z zaciekawieniem śledzące obcy samochód na obcej rejestracji. Zaraz mi się skojarzyło inne miasteczko, do którego trafiłyśmy wieczorem jadąc na skróty z Corleone do Palermo. Wtedy już był wieczór, za chwilę pora kolacji, centralny placyk wypełniony rozmawiającymi, palącymi papierosy mężczyznami w ciemnych ubraniach. Ani jednej kobiety, oprócz staruszki która właśnie wyszła z kościoła i przemykała bokiem do domu. Kobiety w kuchniach, z których dobiegały smakowite zapachy. Tak wygląda interior Sycylii. Nie pamiętam nazwy tamtego miasteczka, ale będę zawsze pamiętać tę atmosferę.

Po południu w Almenie
Ostatniego dnia na Sycylii, 29 października, termometr wskazywał 29 stopni. Pełnia lata. Na październikowej pogodzie jeszcze się nie zawiodłam. Aż tak gorąco to na ogół nie było, ale tak 25-26 stopni, więc w sam raz dla człowieka z północy.
W ten upalny dzień ruszyłyśmy drogą SS 624 w kierunku Sciacci, ale tam nie dojechałyśmy. Skręciłyśmy na wschód drogą 188 nad Lago Arancio a później do Sambuca di Sicilia. Miasteczko oczywiście na górze, główna ulica wspina się dość stromo, każda z odchodzących w bok kończy się górskim krajobrazem.
               
Leniwa atmosfera sjesty, bo dojechałyśmy tam w południe. Domy z miękkiego piaskowca powyszczerbianego przez czas. A na domach piękne balkony z ozdobnymi podporami. Prawie jak w Noto. Tamte balkony ogląda każdy kto zwiedza Sycylię, o tych w Sambuca nikt pewno nie słyszał. Mieszkańcy też ich nie zauważają, bo są tu od zawsze, tak jak stare domy. Mężczyźni stojący przed barem wyrażali zdziwienie, co ja uwieczniam na zdjęciach. Ale sprawiło im widoczną przyjemność, gdy powiedziałam, że to jest piękne.
 Salita (czyli wspinaczka, słowo częste w całych Włoszech) zakończyła się na ogromnym tarasie widokowym, na którego środku stoją starożytne kolumny. Piękne miejsce – rozległy widok na całą okolicę, aż po nieodległe góry. Warto tu przyjechać.
 Później dalej na wschód drogą 188 w kierunku Chiusa Sclafani. Po drodze wysoko na górze Giuliana, ale nie tym razem. Choć zawsze mam ochotę wjechać do takiego miasteczka na górze. Pomimo, że nieraz miałam dość ekstremalne przeżycia.
Naszym celem było Palazzo Adriano. Droga kręta, malownicza, górskie krajobrazy w kolorach ziemi. Na wiosnę jest tu zielono i bardziej kolorowo, ale pod koniec jesieni, po upalnym suchym lecie, wszystko już zaschło. Winnice już po zbiorach, z żółknącymi liśćmi.
 W Palazzo Adriano, a raczej w jego okolicy, miałyśmy do obejrzenia agriturismo i oczywiście sery. Agriturismo Casale Borgia, okazało się bardzo przyjemnym miejscem. Specjalizuje się w kuchni albańskiej, na tym terenie mieszka dużo ludności pochodzenia albańskiego. Ale nie była to pora na posiłek, więc nic nie zjadłyśmy. Właścicielka oprowadziła nas wszędzie. Poznałyśmy też miejscową oślicę, stanowiącą niewątpliwą atrakcję dla gości, bo można na niej zrobić sobie wycieczkę. Na pytanie o imię zwierzęcia signora oświadczyła – oczywiście Lukrecja.
                                                                                                                                  Palermitańskie rodziny lubią w weekend pojechać przynajmniej na obiad do pobliskiego agriturismo, albo restauracji w małym miasteczku. Trochę ruchu, trochę przyrody i najczęściej smaczne oraz obfite jedzenie. Moja córka z mężem na ogół wybiera się w miejsce gdzie można również przyjemnie przenocować. Dwa tygodnie później byli w Palazzo Adriano i wrócili bardzo zadowoleni.
Z serami było gorzej. Wąską górską drogą, a raczej dróżką na jeden samochód, dojechałyśmy do Azienda Amato sprzedającej sery pod ładną nazwą „Le Vie dei Formaggi”. Pasły się stada owiec, dostarczycielek mleka na ser, ale budynek był zamknięty i pomimo głośnego szczekania psów nikt nawet nie wyjrzał. Te psy nas przede wszystkim odstraszyły, wolałyśmy nie wychodzić z samochodu. Asfalt dawno się skończył a droga właśnie dobiegała końca, jechanie dalej groziło uszkodzeniem zawieszenia.
Samo Palazzo Adriano to urokliwe średniowieczne miasteczko na wzgórzu. Góruje nad nim zamek z epoki Burbonów. Duży plac (ten od Cinema Paradiso) z piękną fontanną z 1600 r , dookoła najważniejsze budynki - kościoły i municipio. Wszystko z jasnego kamienia.
 Parę wąskich uliczek, którymi w cieniu można pospacerować. Obskurny bar, w którym dają wyborne espresso za 70 centów. To cena spotykana tylko na głębokiej prowincji. Standardem jest 1 euro, a na północy jeszcze więcej. W Palazzo Adriano (filmowym Giancaldo) kręcono w 1988 r nagrodzony wieloma nagrodami (również Oscarem) film Giuseppe Tornatore – Cinema Paradiso. W budynku municipio jest niewielkie muzeum a w nim zbiór fotografii „Nuovo Cinema Paradiso”. Odbywają się też różne imprezy i spotkania branży filmowej, jak chociażby grudniowa „La Piazza e Mia”.
 Poza Palazzo Adriano jeszcze kilka innych sycylijskich miast było tłem filmowym – Bagheria, Castelbuono, Lascari, Chiusa Sclafani, Santa Flavia, San Nicola L'Arena, Termini Imerese, Cefalu.      
Później przez położone, jak tu większość, na wzgórzu Prizzi dojechałyśmy do SS 189 łączącej Agrigento z Palermo. To już bardzo cywilizowana szeroka droga. Ale ja najbardziej lubię te boczne, nawet mocno wyboiste, na których nie można za bardzo przyspieszyć, ale za to można napaść oczy krajobrazami.