Google+ Followers

niedziela, 8 września 2013

Tornante

Warto bylo zapłacić 14 euro, żeby przejechać z Austrii do Włoch przez Passo del Rombo (Timmelsjoch). Widoki są wspaniałe, tymbardziej, że tego dnia niebo było bez jednej chmurki. Tak bezkresny lazur trafia się w Alpach rzadko. Przeważnie niebo ozdabiają niezwykle fotogeniczne chmury.
Wrażeń dostarczają strome podjazdy i liczne tornante. Uwielbiam ten dreszczyk towarzyszący przejazdowi nad przepaścią.  Ale są również bardzo często poszerzenia jezdni, gdzie można się zatrzymać, popatrzeć spokojnie na alpejskie cuda, zrobić bez pośpiechu zdjęcia.
Poza tym za przełęczą już byłam w Italii.


Kawy na przełęczy nie odważyłam się napić, bo była zapewne bardziej austriacka niż włoska. Ale kilka kilometrów dalej na ogromnym płaskim kamieniu zrobiłam sobie najprawdziwsze włoskie espresso.

Po drodze mnóstwo szarotek, oczywiście alpejskich. I jak zwykle w górach - tabuny odzianych w czarne skóry motocyklistów.
Rombo było najwyższą w czasie tego wyjazdu przełęczą. Ale cały czas jestem w Alpach, więc śmiało mogę powiedzieć, że jest to rajd po przełęczach. Za kilka dni policzę na ilu byłam.
Piszę tak na raty, bo w hotelach jest beznadziejnie z internetem w pokoju. Albo wcale nie ma, albo słabizna, żadnego zdjęcia nie przepchnie. Teraz siedzę w holu hotelu Monzoni w Pozza di Fassa, a wolałabym w pokoju. Więc zaraz się zwijam. W Vattaro, gdzie bazuję w hotelu Tomei u mojej przyjaciółki Romany, internet jest w pokoju, ale z kolei nie ma czasu na pisanie, bo musimy się nagadać. Romana mieszka tu od 40 lat i na codzień wszystko dookoła po włosku, więc chętnie sobie porozmawia po polsku. Przy okazji dowiaduję się od niej o tutejszych sprawach. Trentino jest takie trochę niemieckie, już na pierwszy rzut oka to widać po podwójnych nazwach miejscowości. A także po ilości pelargonii i surfinii na balkonach, kwietnikach, w skrzynkach. Są nieraz tak oszałamiające, że robię im bez przerwy zdjęcia. Nawet najzwyklejszy dom ozdobiony kwiatami wygląda pięknie.
To Moena, prześliczne miasteczko w Val di Fiemme, niedaleko Predazzo
Im bardziej na północ tym bardziej autriacko-niemiecko pod względem porządku, jedzenia i piwa. Oczywiście nikt do mnie nie mówi po włosku, tylko po niemiecku. Turystka blondynka to zapewne Niemka. Pan sprzedający speck na ulicznym straganie w Merano, gdy odpowiedziałam mu po włosku zdziwił się - Italiana? Jak powiedziałam, że Polacca rozpromienił się i zawołał - Papa Giovanni Paolo Secondo!
To przyjemne. Włosi bardzo lubili naszego papieża. I duża część tej sympatii przeniosła się na całą nację.
Z kuchni dolatują jakieś intensywne zapachy, a pani w recepcji coraz głośniej puszcza przeboje, pora więc wrócić do pokoju.

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz